środa, 27 grudnia 2017

"Wspomnienia"

WIESŁAW KĘPIŃSKI

Wspomnienia

Stargard.2008 r.

2

Rozdział I
Nad rzeką Drwęcą po jej lewym brzegu leży miasteczko Dobrzyń.
Wśród kilku ulic,jakie posiada,jest ulica Młyńska,biegnąca od rynku do
rzeki,Moja chałupa,w której się urodziłem, była przedostatnia po lewej
stronie ulicy Polnej, patrząc w stronę rzeki. Tak jak pamiętam, stary był
budynek,bo miejscami nie było tynku,a spod niego wyglądała kratowni-
ca z cienkich szczebli, miedzy którymi była glina ze słomą. Ganek od strony ulicy był drewniany z dwoma okienkami po bokach,bez szyb i bez drzwi. W tym ganku zawsze leżały bloczki prasowanego torfu do palenia.
Od strony podwórka znajdowała się oficyna, rudera drewniana, częściowo zawalona. W tej ruderze czasowo mieszkali Cyganie,a potem niejaka pani Dobrowolska,starsza już kobieta,ale pyskata i kłótliwa. Pamiętam
jak stała po drugiej stronie płota i laską waliła w płot, głośno krzycząc.
Nie wiem,jaki był powód tej awantury. Mogę tylko przypuszczać,że to
my dzieciaki pani Bronisławy z Uzarewiczów Kępińskiej, która była na-
szą matką. A było nas chłopaków sześciu i jedna dziewczyna inwalidka.
Po drugiej stronie ulicy stał młyn i tartak,jako jedna budowla,ale duża.
Tartak był czynny. Stosy bierwion sosnowych leżały na placu między tar
takiem a rzeką. Ten tartak przestał pracować i to było powodem wyjazdu
mojego ojca z Dobrzynia.
W ostatniej chałupie stojącej bliżej rzeki byłem kiedyś z mamą. Ta u
swojej sąsiadki ściągnęła suknię i koszulę, bo coś łaziło jej po
plecach. Był to mały kowalik,czarny żuczek. W budynku tym nie było
sufitu, tylko żerdzie, na których leżało trochę słomy.
Tartak i młyn należały do pana Lipki. Tam pracował mój ojciec
Stanisław Kępiński jako maszynista ogromnej maszyny parowej.

3

Maszyna ta u góry na kotle miała duże koła pasowe, większe od mego
ojca. Kiedyś stanąłem w drzwiach maszynowni i ujrzałem człowieka,
który oparł się o jedno z kół i hamował je.
Zamknięcie tartaku i młyna było przyczyną, że mój ojciec w poszukiwa-
niu pracy wyjechał do Pruszkowa, gdzie dostał pracę w miejscowej elek
trowni. Budynki tartaku i młyna po ich zamknięciu stały się miejscem
zabaw okolicznej dzieciarni.
Pamiętam, że w szopie, w której kiedyś stał trak, leżał zdechły koń. Pod
tą szopą była piwnica, gdzie zbierały się trociny. Z piwnicy tej szedł korytarz do maszynowni z lokomobilą.
Miałem dziwny sen,związany z trocinami w tej piwnicy. Otóż śniło mi
się, że mały piesek ciągle i nieustannie gryzie mnie w bok. Nie mogłem
się od niego uwolnić. Piesek był koloru żółtego. Jest to jedyny sen,który
pamiętam z lat dziecinnych.
Opuszczając Dobrzyń miałem sześć lat. Kiedyś wraz z mamą szedłem
w dół ulicy ku rzece, a potem skręciliśmy na lewo za ostatnim
budynkiem i polną dróżką poszliśmy w kierunku lasów. Przy drodze
stała chałupa kryta strzechą, ogrodzona płotem z kijów i kilku krzaczków.
Mama zwróciła się do mnie:”Zobacz,co tam stoi pod
budynkiem.” Zajrzałem poprzez rzadkie krzewy i zobaczyłem człowieka
w spodniach wypchanych słomą ,w kapeluszu na głowie. Miał długie
wąsy i brodę. Był to strach na wróble, którego się przestraszyłem.
Niedaleko tego budynku stała ogromna stara grusza, a pod nią leżało
peł-no ulęgałek. Po nazbieraniu ich poszliśmy dalej. Ulęgałki w środku
były całkiem miękkie, czerwone i słodkie .

4

Gdzieś na tej drodze, o której piszę, zasadzono las. Ja i kilka innych
dzieciaków wyrwaliśmy kilka sadzonek. Tego samego dnia przyszedł
policjant i długo rozmawiał z mamą. Rozmowa była łagodna i na tym
się skończyło.
Kiedyś idąc ulicą znalazłem dziesięć groszy. Na rynku było pełno stra-
ganów. Za znalezioną monetę dostałem pełen fartuszek śliwek.
Ucieszony tak ogromną ilością zaniosłem to do domu. Trzeba
wiedzieć,że przy naszym budynku nie było drzew owocowych. Na
rynku była cukiernia. Jakaś pani zawołała mnie, pogłaskała po głowie,
ucałowała, a następnie kazała wyciągnąć przed siebie ręce. Gdy tak je
trzymałem, to ona układała w poprzek różne chałki,bułki,rogale. Następ-
nie kazała iść do domu. Ledwo widziałem przed sobą drogę. Ciężaru nie
czułem. Kobieta, która obdarowała mnie słodyczami nazywała się Bec-
merowa i była moją matką chrzestną.
Pewnego razu z ojcem szedłem przez rynek. Na rynku ojciec
rozmawiał z jakimś mężczyzną,który podjechał taczką i wysypał piach. Jak idzie robota? – zapytał ojciec.
No,już jesteśmy na ośmiu metrach . Podszedłem na skraj wykopu, który był na środku rynku, przed kościołem. Studnia była
kopana trapezowo. Pierwszy wykop był bardzo szeroki , okrągły i
głęboki na metr. Następny był węższy i głęboki też na metr, były to
stopnie,a było ich siedem.
Było kilka zamożnych rodzin. Jedna z nich miała samochód osobowy.
Do samochodu wsiadł syn właściciela, a my dzieciarnia pchaliśmy go
po rynku, kilka razy w koło.

5

Szedłem z mamą, przeszliśmy rynek i skręciliśmy na lewo na Golub.
Zaraz na rogu była karczma. Na chodniku przed karczmą leżał pijak,
a jakiś mężczyzna poił go mlekiem z flaszki. Wokół po obu stronach uli-
cy i na jezdni stał tłum ludzi. Niemałe musiało to być wydarzenie .Dziś
gdy wspominam sobie to wydarzenie i widzę całkowity brak zaintereso-
wania pijakiem leżącym na ulicy, to myślę sobie, jak rzadki musiał to
być przed wojną wypadek. Teraz nie ma tygodnia,aby nie spotkać na
ulicy leżącego ochlapusa.
Ojciec uległ wypadkowi na rowerze. Ktoś samochodem potrącił go
i uciekł. Było to w roku 1935.Pytałem się kiedyś ojca o tę datę. Nie
wiem, gdzie leżał w szpitalu. Pamiętam,że z placu szpitalnego oparty
o murek spoglądałem na Wisłę. Był to chyba Toruń. Ojciec leżał w
łóżku i lewą nogę miał w gipsie. Wziął mnie na ręce i posadził na tej
nodze.
Wieczorem szliśmy z mamą przez miasto na dworzec. Ulicą jeździły
tramwaje, a snopy iskier padały na ziemię. Podbiegłem na tory,aby po-
zbierać spadłe iskry, nic jednak nie mogłem znaleźć.
Mama była bardzo zagniewana, że wyrwałem jej się z rąk.
Później przejeżdżał ktoś na rowerze. Spojrzałem do góry,a tam na wyso-
kim kole siedział człowiek i pedałował. Jak on tam mógł wejść?
W naszym domu roweru nigdy nie było. Rowery było rzadkością.
Przed naszym domem zakładano bruk od rynku do rzeki. Wykopano
drogę i nawożono piachu. Zabawy było na kilka dni.
Sąsiedzi Wiśniewscy, którzy zajmowali budynek obok nas,musieli
gdzieś mieć sad. Jesienią w dużych wiklinowych kipach przywozili
owoce przełożone sianem.

6

Przy wyładunku koszy z wozu obecna była dzieciarnia. Pamiętam
wspaniały smak dużych gruszek.
Ale kozę, to w Dobrzyniu musieliśmy mieć. Była kiedyś upalikowana
pod murem tartaku. Ja podszedłem do niej, a ona ubodła mnie. Więcej
tam nie podchodziłem.
Za młynem była jakaś fabryczka i sadzawka z ciepłą wodą. Tam można
było się wykąpać. Mama przyszła i zabrała mnie stamtąd. Prowadziła
przez plac tartaczny całkiem nagiego. Wstydziłem się i całą drogę pła-
kałem.
Przed naszym budynkiem przejeżdżał traktor. Z boku kręciło się wielkie
koło. Hałas był straszliwy. Pierwszy raz widziałem coś tak okropnego.
Dobrzyń nie był grajdołkiem. Miał swoje boisko i drużynę piłkarską.
Byłem na meczu ,grały drużyny dorosłych i harcerzy.
Było też lotnisko i szybowce. Nam kazano ciągnąć długą gumową linę.
Kiedyś nad miastem ukazał się balon koloru żółtego. Jakaś kobieta
stanęła na drodze,przeklinała i groziła pięścią wskazując na balon.
Cyganie, którzy mieszkali w oficynie,wyrabiali trepy, obszyte skórą tyl-
ko z przodu. Wszyscy chodzili w takich trepach.
W jednym z budynków na naszej ulicy mieszkał niejaki pan Bekier,pija-
nica. Kiedyś oszalał i zdemolował całe mieszkanie. Sam widziałem jak
darł własne garnitury. Nadepnął na jedną nogawkę,a drugą ciągnął i roz-
rywał spodnie. Żona i dzieci uciekli. Zabrała go policja. Wszedłem do
mieszkania. Wszystkie meble leżały pokotem porozbijane. Na korytarzu
stała figurka świętej bez głowy.
Pamiętam, kościół stał na rynku. W środku cały był wymalowany
figurami. Moja mama gotując obiad opowiadała,że jakaś tam podobizna
jest prawdziwa.

7

Malarz, aby namalować naturalną twarz, zamordował człowieka
i przyglądał się jego twarzy podczas agonii, aby wiernie odtworzyć
wyraz bólu.
Budynek . w którym mieszkaliśmy, był własnością mojej babki ze
strony mamy, Konstancji Uzarewicz z domu Kwiatkowskiej. Nie znam
dalszego losu tego budynku. Mama prawdopodobnie sprzedała go.
Rzeka Drwęca była wartka. Stojąc na brzegu można było zauważyć pły-
wające ryby. Wędkarzy nie pamiętam. Rzekę ludzie przechodzili nieraz
w bród. Tylko im głowy było widać. Po naszej stronie zatrzymywały się
tratwy i była mała plaża. Pamiętam flisaków mieszkających na tratwach
w szałasach.
Po drugiej stronie brzeg był niski i była ogromna równina, po której
chodziły snopowiązałki, a dalej było ogromne wzgórze,na którym stał
zamek.
Mama mówiła, że są tam lochy, w których trzymano więźniów, przyku-
tych łańcuchami. A miejsca, na których siedzieli,są z cegły. W cegłach
tych są zagłębienia od siedzenia. W zamku nigdy nie byłem,ale przejeż-
dżałem obok.
Na brzegu rzeki ludzie kopali torf. Tym paliło się w piecach. Ale węgiel
też można było kupić. Roznosił go w worku na plecach znajomy.*
Z miejsca brał zapłatę i odchodził.
Był też punkt skupu surowców wtórnych, za młynem. Tam skupowano
szmaty, kości i żelazo. Było to jedna drewniana szopa. Dzieciaki
chodziły z tyłu tej szopy wyciągać nagromadzone kości, aby znów je
sprzedać właścicielowi. Brałem też w tym udział.

8

Rzeka oddzielała dwa miasteczka, Golub od Dobrzynia.
Granicę przekraczało się przez most. Obok mostu stał posterunek
policji. Mama opowiadała, że kiedyś była tam komora celna i jej rodzina
przekroczyła tę komorę, ale skąd pochodził jej ród dokładnie nie
wiedziała, tyle tylko, że Uzarewicze pochodzili z Litwy i współżyli z
wężami, które kopystką odganiano od posiłku, gdy wychodziły z
zakamarków zwabione zapachem potrawy.

9

Rozdział II

Do Pruszkowa pociąg zajechał wieczorem. Zaalarmowany ojciec umieś-
cił nas w hotelu, a następnie kilka dni spędziliśmy na ul.Promyka u pana
Olędzkiego.
Moja mama nie zawiadomiła męża o przyjeździe. Po prostu sprzedała
graty w Dobrzyniu, załadowała dzieciaki do pociągu i wio, do Pruszko-
wa. Ojciec pracę w Pruszkowie w elektrowni otrzymał dzięki znajo-
mości z kimś z Warszawy. Opowiadał o tym w domu. Gdyby nie ta
praca w dużym zakładzie, należy przypuszczać, że okresu wojny byśmy
nie przeżyli.
Rodzina była liczna, bo dziesięcioosobowa,w tym ośmioro dzieci: sześ-
ciu chłopaków i dwie dziewczyny. Najstarsza Marianna była kaleką, naj-
starszy Janusz–chory na gruźlicę, najmłodsza Anielka była w powijakach.
Wiosną 1939 r. mieszkaliśmy na ulicy Pańskiej. Był to parterowy jedno-
rodzinny budynek, w którym rozpoczęto remont. Naprzeciwko naszego
budynku stał budynek, w którym mieszkali Zielińscy. Było tam dwóch
chłopaków. Jeden młodszy Kazik około 17 lat, a drugi Władek około
25 lat. Ten starszy, gdy wybuchła wojna, z wiązanką kwiatów poszedł
witać niemiecki patrol, który rozłożył się przy moście na Utracie.
Pamiętam, że ja też byłem oglądać obcych żołnierzy. Leżeli lub siedzieli
między kilkoma drzewami, które tam rosły. W hełmach, mundurach nie-
znanego koloru, siedzieli cicho i nieruchomo jak głazy. Takie było moje
pierwsze spotkanie z obcym niemieckim wojskiem.
O tym, że wybuchła wojna, w domu powiedział ojciec i od tego czasu
mało go już widywałem. Dlatego,że w dzień pracował, a nocą stał w ko-
lejce po chleb. O szóstej rano zmieniała go mama.

10

Czas ten pamiętam tylko z długich wieczorów. W dzień na dwór nie
wychodziło się, bo nie było się w co ubrać. Nie było butów i ubrań.
Jeśli ktoś wychodził, to tylko Janusz, który dokształcał się jako utalen-
towany chłopiec. Zawsze prosił rodziców o czesne na opłacenie seme-
stru. Oto jedna z takich rozmówek:
„Ja byłem zapytany pierwszy, więc odpowiedziałem, że przyniosę
następnego dnia.
Na jutro nie postaram się – odpowiedział ojciec.
Inni obiecali na środę albo czwartek, ale ja byłem pierwszy i tak jakoś
powiedziało mi się.
Na sobotę dopiero dam radę- kończył ojciec.”
I tak było u nas z pieniędzmi przez całe życie. Zawsze ich brakowało.
Tylko jeden ojciec zarabiał na rodzinę. Gieniek,który miał jedenaście
lat gdy wybuchła wojna, dorabiał jako goniec w elektrowni pruszkow-
skiej. Dorabiał też jako „kiciarz”, to znaczy, że kradł z wagonów
węgiel,drewno i inne towary. Były takie grupy chłopców w różnym
wieku,które z braku chleba trudniły się kradzieżą z wagonów. Stąd
nazwa „kiciarze”,bo siadał na kitę pociągu towarowego i zrzucał gruby
węgiel, szczapy lub deski. Kita pociągu to ostatni wagon. Pociągi
towarowe w pierwszym roku wojny nie miały ochrony zbrojnej. Dopiero „kiciarze” zmusili Niemców do wsadzenia strażnika z
karabinem na ostatni wagon.
Stałem kiedyś na dworcu towarowym. Ruszał pociąg towarowy,a
chłopaki biegli wzdłuż wagonów. Chwytali się najpierw rączki, a potem
wskakiwali na stopień. My, dziatwa, biegliśmy za pociągiem dwa albo
trzy kilometry. Gdy już nie było widać zabudowań dworcowych, chłopaki zrzucali szczapy w rów i opuszczali pociąg.

11

Następnie na ramiona brali urobek i sprzedawali w sąsiednich do-
mach. Trzeba tu zaznaczyć, że w wolnej sprzedaży nie było żadnego
opału.
Podczas zamieszkiwania na ulicy Pańskiej wybuchła wojna. Po naszej
stronie ulicy była remiza strażacka i plac targowy. Na tym placu oko-
liczna ludność zaczęła kopać okopy, jeden prosty,a drugi falisty.
Nie ukończono okopów. Na niebie podczas pogody widać było małe
błyszczące punkty. Były to samoloty bombowe.
Od naszej chałupy do torów kolei było nie więcej jak 300 metrów.
Staliśmy na sztachetach i machaliśmy żołnierzom chusteczkami. Oni
machali rękoma. Jechały transporty załadowane małymi drabiniastymi
wozami i końmi. Tak wyglądało uzbrojenie armii. Ale to nie jest prawdą,
bo na ulicy Promyka za domem pana Olędzkiego ustawiła się bateria
przeciwlotnicza. Piękne działa o długich lufach. Lornetki wielkie jak
rolka papy. Bateria stała tylko jedną dobę.
Wróćmy jednak do transportów jadących na front. Otóż ,gdy jeden z
nich zatrzymał się na stacji Pruszków,to wszystkie kobiety z
okolicznych domów zaczęły znosić owoce, salaterki z zupą,talerze z
jadłem, aby ugościć żołnierzy. Radość była powszechna, życzenia
powszechne. Nigdy przez następne pięćdziesiąt lat nie zobaczyłem
takiego stosunku ludności cywilnej do wojska.
Złamana została spójność przez komunistów,
którzy żelazną kratą odgrodzili żołnierzy od cywilów.
Przy torach kolejowych żołnierze wykopali okrągły dół.
„Nie wchodzić tam, bo może na was spaść bomba”- powiedział jeden
z żołnierzy.

12

Mieliśmy po siedem lat. Wstawili tam karabin maszynowy,czarno malo-
wany ,na stojaku. Mało był on używany, bo samoloty wroga były bardzo
wysoko i szły bokiem, bardziej nad Tworkami. Nad głową czepiając ko-
minów przeleciał dwupłatowiec w kierunku Warszawy. Miał znaki czer-
wonego krzyża. Jedyny polski samolot, jaki widziałem. Każdy spogląda-
jąc na obce samoloty zadawał pytanie:dlaczego nasi nie strzelają?
Dla naszej ulicy wyznaczono schron w kamienicy na ulicy Szkolnej.
W schronie tym grało radio. Nadawane były marsze wojskowe oraz słu-
chowiska z frontu, głośne hura i inne okrzyki. W schronie tym byłem
kilka razy.
Pewnego poranka ojciec wziął dwa bochenki chleba i wyszedł. Nie było
go trzy tygodnie. Ojciec peowiak ćwiczył strzelanie w lasach działyń-
skich. Wraz z grupą chłopców folwarcznych,z bratem swej teściowej
Józefem Kwiatkowskim i bratem swej przyszłej żony Bronisławem Uza-
rewiczem byli w 1918 w 32 pułku piechoty ciechanowskim. Było ich
dwustu sześciu z okolic Działynia ,którzy przerwali się do Piłsudskiego.
Ojciec w organizacji POW był jednym z wielu bojowników w drugim
obwodzie Lipno. Nosił pseudonim „Czartowiak”. Miał też drugi pseudo-
nim „Rezurektury”.
Tego Józefa Kwiatkowskiego widziałem dwa razy w życiu. Ostatnio był
u nas w Zdrojach w latach sześćdziesiątych. Przyjechał z Grzywny.
Ojciec zdenerwowany pogromem wojsk polskich poszedł na front.
W Mińsku Mazowieckim zakończył swą walkę bez broni. Chaos jaki
panował, nie pozwolił na organizację armii tyłów. Wojna była błyska-
wiczna. Dwa potężne mocarstwa rzuciły się na kraj, zalewając go w
przeciągu trzech tygodni.

13

W Mińsku w jakimś budynku pod strzechą schował swoje dokumenty i
nigdy już po nie nie wrócił. Tak zakończył swój udział w wojnie
człowiek,który chciał walczyć..Pozostawił w domu ośmioro dzieci,żonę
bez pracy i ostatnie dwa bochenki chleba zabrał ze sobą.
Nieraz w przeciągu tych pięćdziesięciu lat zastanawiałem się nad
postępkiem ojca i zawsze przyznawałem mu rację. W drodze powrotnej
ojciec nie był zaczepiany.
Zbliżanie się frontu do Pruszkowa było słychać. Na Utracie miały być
spalone oba mosty. Jednak spłonął tylko ten na Prusa, a nasz przy elek-
trowni nie. Tędy przez trzy doby zderzak w zderzak szły na Warszawę
niemieckie czołgi. Jeden z nich nawalił i stał przy budynku na POW.
Oglądaliśmy go z ciekawością. Tylko dzieciaki podchodziły i dotykały
żelaza. Załogi w środku nie było. Zanim jednak nadeszły te niemieckie
czołgi,słychać było strzały,daleko za kościołem żbikowskim.
Pewnego ranka nad Utratą pojawiły się konie. Jeden z nich miał spalony
cały zad, inne kuśtykały, ale był też całkiem zdrowe. Były to konie z
rozbitej armii Poznań. Nikt tych koni nie łapał,bo były wojskowe. Ale
Janusz i Geniek przyprowadzili jednego i chcieli wprowadzić do komórki.
Koń nie chciał wejść, przyszedł sąsiad i wprowadził go tyłem. Co dalej
z tym koniem było, nie wiem.
Po wkroczeniu Niemców na ulicy Pańskiej obok remizy stanęły wozy
bojowe. Dzieciarni wokół było mnóstwo, a to z uwagi na żywność.
Niemcy po rozbiciu naszej armii zrabowali ogromne ilości żywności,
to było widać na naszym placu. Wielkie kawały słoniny i boczku walały
się po chwastach. Były tam też skrzynki z powidłami i rozbita beczka
z miodem. Na tym placu Niemcy stali nie dłużej jak trzy dni.

14

Gdy nadeszła jesień, w sklepach już nie było żadnych towarów. Matka
i Geniek chodzili gdzieś na tzw.dokopki. Znosili brukiew, ziemniaki
i marchew. A chodzić należało dość daleko za kościół żbikowski, gdzie
na płotach wisiały jeszcze pokrwawione szmaty: prześcieradła i koszule
wojskowe. Tamtędy przechodziły resztki walecznej armii Poznań w dro-
dze do Warszawy. I pomyśleć, że taka bieda spadła na naród z namowy
dwóch sąsiadów. Jeden brunatny, świerzbiła go ręka,nazywał się
Ribbentrop; drugi czerwony, swędziało go obrzezane prącie,nazywał się
Mołotow. Gdy ja w sierpniu 1939 r. chodziłem z mamą po sklepach
kupować kajety i ołówki, oni spotkali się i uzgodnili bandycki na
Polskę,Niemiec i Żyd.
Stojąc kiedyś na rogu Pańskiej i 3 Maja widziałem przejeżdżające fur-
manki z rannymi żołnierzami. Siedzieli cicho, zarośnięci ,w szynelach,
bandaże na rękach, nogach i głowie. Każdy kto spojrzał,odwracał się
i wybuchał płaczem. Na Szkolnej była zorganizowana stołówka. Tam
dano im gorącej zupy. Stanąłem przed jednym,który bardzo wolno po-
ruszał ręką z łyżką. Te jego powolne ruchy wskazywały, że jakiś smutek
go trapi.
Jednego dnia od strony kościoła żbikowskiego nadjechała kolumna na
rowerach, ale bez broni, bo byli jeńcami.
Któregoś ranka ktoś przyniósł wiadomość, że w Pruszkowie spadły
bomby. Ma się rozumieć pobiegłem tam razem z innymi. Stojące przy
sobie kamienice miały w środku dziurę od dachu po piwnicę. Na
kawałku stropu pierwszego piętra stał piec kaflowy. W następnym
budynku zakład fryzjerski już pracował. Było mnóstwo ludzi. Każdy
spoglądał w milczeniu i odchodził.

15

Na ulicy Pańskiej poznałem mieszkającego na przeciwko nas Władka
Kuklińskiego. Był starszy ode mnie o jakieś pięć lat. Jego ojciec Józef
Kukliński był oficerem. Z wojny wrócił małym wozem drabiniastym.
Konia zabili i zjedli. Pan Kukliński przez całą okupację pracował w
Warszawie.Był żołnierzem i dowódcą batalionu AK,w którym był mój
ojciec. Przeżył całą okupację w domu przez nikogo nie wydany w ręce
niemieckie. W pierwszym dniu po wejściu wojsk sowieckich został
aresztowany i wywieziony na Sybir. To było sygnałem jaka narodowość
i jacy ludzie będą w Polsce rządzić. Chcę tu od razu odnotować fakt,że
człowiek, który witał kwiatami wojska niemieckie i który przez dymnik
wszedł do naszego domu, aby coś ukraść, choć nie było co, już w
styczniu1945 r. był w mundurze polowym, jaki nosiła milicja. Dalsze
jego losy nie są mi znane,bo opuściliśmy Pruszków.
Rodzina Kuklińskich była wzorową rodziną państwa polskiego.
Popiersie Naczelnika stało u nich na widocznym miejscu na pianinie.
Nie usłyszałem nigdy złego słowa na przegraną wojnę, na obóz rządzący
czy na innych polityków. Latem 1944 r. do rodziny tej chodziłem prawie
codziennie, bo mogłem chodzić boso. Pożyczałem od Włodka książki,
których miał całą etażerkę. Z tych książek nabrałem trochę wiedzy o
dzikim zachodzie, o Orlętach lwowskich. Były tam też wszystkie
powieści Walerego Przyborowskiego. Ojciec nie był zwolennikiem
mego codziennego przebywania u państwa Kuklińskich, ale mnie
ciągnęło do zabawek, no i do książek. Z Władkiem i jego siostrą Hanką
zżyłem się bardzo mocno. Urwało się to wraz z wkroczeniem wojsk
sowieckich. Po raz pierwszy w 1945 r. udałem się do nich chyba w
maju. Wtedy właśnie zauważyłem z daleka Hankę na huśtawce na jej podwórku.

16

Huśtając się liczyła:piać, szest, siem, wosiem. Zdziwiło mnie to
niepomiernie, że liczy po rusku. Okazało się, że w ich domu na stancji
stoją jeszcze Rosjanie. Czy jest Władek?- zapytałem. Jest –
odpowiedziała. Władek wychodził właśnie z domu. Przywitaliśmy się.
To u was są jeszcze ruski?
Tak i chyba zostaną- odparł. A co z książkami? Leżą gdzieś na strychu.
Ojca Władka już nie było, zaginął bez wieści. Od kilku miesięcy nie
wiedzieli,co się z nim dzieje .Ja osobiście dowiedziałem się w 1965 r. o
jego powrocie od swego brata Lucjana. Władka jeszcze raz zobaczyłem
jak uganiał się za dziewczynami w parku nad jeziorem. Było to nasze
ostatnie spotkanie. Do chwili obecnej nie wiem,co się z nim dzieje. A
prawdę mówiąc,jemu i jego rodzinie wiele zawdzięczam.
Opisywanie tych przeżyć chronologicznie jest niemożliwe, a więc trzeba
się z tym pogodzić.
W tym parku, w którym ostatni raz spotkałem Władka, prawdopodobnie
aresztowano rząd Polski Podziemnej.
W parku było jezioro. Pewnego dnia,gdy lody już skruszały,wraz z Heń-
kiem Bartosiakiem wskoczyliśmy na dużą krę i odpychając się kijami
przepłynęliśmy na drugą stronę stawu. Pech chciał,że kra uderzając o
brzeg,pękła na dwoje. Strach nas obleciał, nie było jak wyskoczyć na
brzeg. Dopiero na palcach szybko ,nie dotykając kry wyskoczyliśmy.
Lód w tym czasie był kruchy i utrzymywał się dzięki zadrzewieniu wo-
kół stawu. Heniek Bartosiak ,syn woźnicy,był moim rówieśnikiem.
Łobuz spod ciemnej gwiazdy, dobry kolega, mieszkał po drugiej stronie
ulicy Ogrodowej,trochę w lewo od nas. W czasach dziecięcych nikt nie
zwracał uwagi na wady kolegi.

17

Pewnego razu gruchnęła po ulicy wieść,że szewc mieszkający na rogu
ulic Narodowej i Hortensji przyszedł do Heńka po zegarek, który on mu
buchnął. Z początku Heniek nie przyznawał się. Ludzi zebrało się pół
ulicy. Szewc,kawał chłopa,nakłaniał Heńka,żeby zegarek oddał. Heniek
odpowiadał, że go nie ma, bo go wrzucił do ustępu. Szewc złapał Heńka
za nogi i wpuścił w otwór. Heniek babrał się w nieczystościach po łok-
cie, ale zegarka nie znalazł.”Ojciec taki spokojny, co to nic cudzego,a
syn zobacz pani”- mówiły między sobą sąsiadki.
Ulica Ogrodowa musiała mieć jakieś znaczenie strategiczne w mieście.
Całą okupację stały tu oddziały niemieckie, a później od stycznia 1945 r.
-sowieckie. Podciągało się im, co tylko się dało. Geniek ukradł
Niemcom rower,a ja skrzynkę drewnianą. Po tę skrzynkę przyszedł
żołnierz,dał mi po łbie i odebrał ją. Wydał mnie Heniek. Za karę
zostałem zamknięty w komórce. Przez zakratowane okienko widziałem
podwórko,na którym stała kuchnia polowa. Wokół kręciło. Zacząłem
wyskrobywać tynk ze szpar między cegłami,aby zwiać w ogrody.
Podszedłem do okna i opukałem kraty .Usłyszał to kucharz- ,jeniec
rosyjski. Obejrzał się,czy nikogo nie ma w pobliżu zawołał: Dawaj
skorej. Udało mi się wyłamać jeden pręt,przecisnąłem się przez kraty i
zwiałem. Będąc na placu Kościuszki,zauważyłem,że na pustej ulicy
POW przy ostatnim budynku leży człowiek,a dwóch cywili stoi przy
nim. Każdy ma spluwę w garści i bawią się rannym. Leżący człowiek
próbował się dźwignąć,ale został butem przyciśnięty do ziemi. Próbował
znowu wstać i znowu został nogą przyciśnięty. Grób tego człowieka był zaraz za płotem w ogródku.* W tym samym miejscu stał kiedyś uszkodzony czołg.
18

Innym razem szedłem czarną drogą wzdłuż toru kolejowego w kierun-
ku dworca. Gdy byłem już przy moście, zauważyłem idącego po torach
strażnika niemieckiego w czarnym mundurze. On szybko wyciągnął
broń i zaczął strzelać do chłopaków stojących po tamtej stronie mostu na dole.
Chłopcy uciekali wzdłuż rzeki w kierunku elektrowni, do drugiego mo-
stu. Jeden z nich zachwiał się. Przyskoczyło do niego dwóch,wzięli go
pod pachy i zwiewali. Podążyłem z ciekawości za nimi. Zatrzymali się
dopiero na ulicy Granitowej. Chłopak miał przestrzeloną kostkę. Krwi
było na nodze mało, ale dziury nie widziałem.
Lato ludność miejscowa spędzała nad „glinkami”. Glinki to wykopane
obszary i zalane wodą. Była tam cegielnia,podczas okupacji nieczynna.
Woda była głęboka i czysta. W pierwszym roku okupacji na glinkach
można było spotkać młodych, dostatnio ubranych,w typowych kapelu-
sikach sportowych i myśliwskich. Często ktoś śpiewał arie operowe.
„Ale ten to ma głos”- mówiono powszechnie,bo i głos ten było słychać
na pół kilometra.
Trzeba tu nadmienić,że w tamtych czasach śpiew był wśród ludzi pow-
szechny. Wystarczyło by ktoś zaczął,a przyłączali się wszyscy,bez
względu na wiek,na wykształcenie,na wygląd zewnętrzny,na zajęcie
w chwili śpiewu. Nikt nikogo do śpiewu nie zachęcał. Wychodziło to
samo z siebie. Nikt też,nawet śpiący,nie zaprotestował,przeciwnie lepiej
mu się spało. Ten zwyczaj zniszczyła komuna. W latach następnych
młodych ludzi w kapeluszach już nie było widać. Zostali wytępieni
przez Niemców jako nie pracujący. A trzeba tu wspomnieć,że Niemcy
udawali szacunek dla robotników. Skąd ja smarkacz mogłem to
wiedzieć?

19

A zauważyłem to podczas łapanek. Wojsko niemieckie otaczało kilka
skrzyżowań ulic i sprawdzało dokumenty. Podczas jednej z łapanek sta-
łem przy przejeździe kolejowym. Robotnicy szli do pracy na siódmą ra-
no. Jeżeli szło trzech robotników,a jeden z nich nie był ubrany w kombi-
nezon, to był kontrolowany. Niemcy wyraźnie dawali do zrozumienia,
że wyłapują nie robotników,a urzędników i inteligencję ,wśród których
mogą być nieroby. A trzeba wiedzieć ,że w Niemczech w tym czasie
rządziła partia robotnicza i że praca była przymusowa,tak samo jak i za
okupacji sowieckiej. Podczas jednej z łapanek zatrzymano dziewczynę
lat około dwadzieścia. Była chyba ze wsi i to nie sama. Po pewnym cza-
sie podszedł do niej chłopiec w moim wieku,wziął za rękę dziewczynę
i wyprowadził z grupy zatrzymanych osób. Strażnik nic nie powiedział.
Chłopiec uratował dziewczynie życie.
W tym samym miejscu naprzeciwko bramy głównej do warsztatów ko-
lejowych zauważyłem idącego oficera,z widzenia już znajomego,bo krę-
cił się tam ciągle. Nagle wyciągnął broń i krzyknął: Halt!Przede mną
szedł człowiek,który nagle drgnął i skręcił w bok. Zauważył to zawaha-
nie oficer i z miejsca krzyknął: Halt!Zaczął sprawdzać dokumenty.
Człowiek ten,gdy Niemiec czytał dokumenty,wyjął z lewej kieszeni
Dzieła Mickiewicza tom drugi. Była to ładnie oprawiona książka
niewielkich rozmiarów. Przełożył ją do prawej kieszeni .Chciałem nawet
o nią poprosić,ale nie miałem odwagi. Niemiec,znany mieszkańcom
szwab,zaprowadził człowieka na wartownię zakładów. Wrócił i oznajmił
gromkim głosem:To bandit! Nikt z obecnych nie zwrócił uwagi na
mówiącego.
Wystarczyło drgnięcie na widok munduru,aby przepaść.

20

Stojąc razu pewnego przed szlabanem na przejeździe kolejowym zauwa-
żyłem,że po przejechaniu pociągu towarowego na torze leżał człowiek.
Wypadł z tego pociągu,bo jechał pod wagonem. Był w płaszczu wojsko-
wym i mundurze. Nie miał siły wstać. Po podniesieniu szlabanu dwie fa-
le ludzkie ruszyły z wyciągniętymi rękoma przed siebie. Wszyscy poma-
gali mu wstać,a zarazem zasłonić go. Niemieccy wojskowi szli nie oglą-
dając się na boki i przeszli. Dwóch mężczyzn zaprowadziło go do
sklepu mleczarskiego,gdzie w czasie okupacji wydawano biednym
mleko.
Wykończony głodem organizm- tak stwierdził jeden z mężczyzn. Pociąg
ten jechał z kierunku Warszawy.
Przebywający na glinkach ludzie często zachodzili do sadów Hosera
na czereśnie i jabłka. Nie było to związane ze strachem. Po prostu nikt
tam niczego nie pilnował. Z daleka widać było czerwony budynek właś-
cicieli. Rodzina to uważana była za bogatą.
Heniek zawołał mnie kiedyś: Chodź,pokażę ci gdzie wczoraj Niemcy za-
kopali jednego faceta. Poszedłem z nim. Obok cegielni w twardej glinie
pogrzebał butem. Od razu widać było rękaw czarnej marynarki i rękę.
Dalej nie grzebaliśmy. Na glinkach Niemcy często rozstrzeliwali ludzi.
Stał tam wysoki komin. Po upadku powstania warszawskiego na murach
zaczęły się pojawiać napisy:”Związek walki młodych walczy” oraz
„Niech żyje Polska socjalistyczna”. Na kominie zawieszono czerwony
sztandar. Wejść i zdjąć go nie było można. Żandarmeria niemiecka urzą-
dziła sobie do niego strzelanie i po pewnym czasie zestrzelono go.
W moim domu była kiedyś taka dyskusja. Ojciec zatroskanym głosem
powiedział: ”Wszystkich nas wykończą, bo przegrali z nami wojnę”.
21

Nie rozumiałem o jakiej wojnie ojciec mówił. Musiał być jakiś powód,
że się tak wyraził. Nie wyobrażałem sobie też większej biedy. Bo
prawdę mówiąc, nie było w mieście bardziej biednej rodziny od naszej.
Moja matka chodziła na żebry, żeby wykarmić dzieci. Ojciec zostawał
po pracy w zakładzie i tam ukradkiem robił szufelki do węgla.
Wyjeżdżał też rowerem na wieś lutować dziurawe garnki.
Po ulicy szwendał się ogromny wieprz .Nikt na niego zwracał uwagi.
Ulica była błotnista,koleiny głębokie po osie. Wraz z chłopakami,a prze-
de wszystkim Geniem Stankiewiczem zagnaliśmy wieprza do komórki.
Ale wieprz wywalił drzwi wraz z futryną. Drzwi przywaliły Geńka, a po
nich wyszedł wieprz.”Wiesiek,ratuj!- krzyczał przywalony.
Geniek Stankiewicz,osiłek mocny, lat około osiemnastu,był trochę stuk-
nięty. Jednak jako koleś dobry. Nikomu krzywdy nie zrobił. Raz z nim
poszedłem do kina „Do sokoła”na darmowy film. Ogłoszone było, że
bezpłatnie będzie jakaś kronika .Film trwał około 45 minut. Był to film
o odkryciu grobów oficerów polskich w Katyniu. Nigdy potem go nie
oglądałem.Przy wejściu do kina tłok był straszny. Wiesiek,kliszczy –
narzekał Geniek. Budynek „Sokoła”to dawny pałac. W jednej jego dużej
sali była sala kinowa i tam przez całą okupację można było odpłatnie
chodzić do kina. Pamiętam takie tytuły:Za kratami haremu,Czerwony
młyn, Alarm – to film z Nowego Jorku. Ścigany facet uciekał na drapacz
chmur, a następnie rzucił się na dół.
Jednak jak by nie było,pomoc dla ubogich była. Po przydział litra mleka
chodziłem do sklepu tuż za przejazdem kolejowym po prawej stronie.
Była tam zawsze kolejka. Mleko dowoził samochód na holcgaz.

22

Przyjeżdżał od strony Żbikowa. Często chodziłem tam z kanką.
Dwukrotnie wraz z bratem Lucjanem byłem na kolonii. Ostatni raz w
lipcu 1944 r..To należy opisać. Kolonia była w Urli za Tłuszczem.
Mieszkaliśmy w drewnianym baraku, spaliśmy na siennikach. Ja
opowiadałem wieczorem bajki. Wmurowanym budynku w odległości
około 300 m od nas była inna kolonia samych chłopców. Chodzących
często w mundurkach harcerskich. Byli od nas izolowani. Zdarzało
się,że późnym wieczorem słychać było ich marszowy śpiew. Był to
batalion „Zośka”.
Słychać już było prawie codziennie armaty. Pewnego dnia nasz wycho-
wawca, młody jeszcze człowiek powiedział: Dzieciaki,front się zbliża,
gdyby któryś miał jakiś karabin, to przynieść.
Na kolonię przychodził jeden chłopiec z niedalekiej wsi. Zawsze rano
przynosił grzyba. Mówił, że jeszcze wczoraj go nie było. Pewnego razu
zaśpiewał piosenkę: Siekiera,motyka,piłka,drążek, jeszcze zginie pan
Pieniążek. Kto to?-spytałem. A to taki czarny policjant.
Kolonię opuściliśmy 28 lipca .Za trzy dni wybuchło powstanie. Między
nami kolegami z Pruszkowa była taka gadka, że dwóch z naszej kolonii
nie zdążyło opuścić Warszawy, a moja miłość z Okęcia,Jadzia,nie doje-
chała do domu. Historia wie swoje,a ja swoje. Otóż gdyśmy opuszczali
Urlę, front był od nas 15 kilometrów. Gdyśmy opuszczali Warszawę,to
sowieci zajmowali Pragę. To,co ja tu opisuję, ma potwierdzenie w
opowiadaniu żołnierza,który powiedział: Panie,my już w czerwcu byli
nad Wisłą. W którym miejscu był nad Wisłą, nie wiem, ale musiał być.
Opowiadał mi o tym w 1965 r.
Na kolonii w Urli zbieraliśmy grzyby i jagody. Jagody były jakieś więk-

23

sze, owalne. Uczono nas tańczyć, śpiewać. Na zakończenie było
przedstawienie. Śpiewaliśmy :”Ta Dorotka,ta malusia” oraz „W tym
gaju tak ponuro,że aż przeraża mnie”. Wychowawczyni, starsza pani,
szczupła, wysoka, kiedyś zatrzymała grupę w lesie i powiedziała: Nie
wolno głośno rozmawiać przy przechodzących obcych ludziach, bo
mogą to być szpicle niemieccy. Przestrzegaliśmy tej zasady i nieufnie
spoglądaliśmy na przechodzące zakochane parki. Wracając z kolonii do
domu,zapamiętałem Warszawę, jej zdobione balkony,wnęki, w których
stały figury kobiet, pełne ulice ludzi. Tej Warszawy już nie ma.
Na temat kolonii w Urli dyskutowałem kiedyś z bratem Lucjanem. Po-
wiedział on: My byliśmy tylko przykrywką dla „Zośki”, oni chodzili w
lasy strzelać.
Z literatury o batalionie Zośka dowiedziałem się, że oni też 28 lipca
opuścili Urlę. Udali się do Warszawy,ale pojedynczo.
Wybuch powstania natchnął mieszkańców Pruszkowa otuchą. Zaraz w
następną noc partyzanci atakowali miasto. Całą noc słychać było serie
z broni maszynowej,ale były to serie pojedyncze. Nad ranem uspokoiło
się. Warsztaty kolejowe bronione były przez czołg. Oddał on kilka strza-
łów, między innymi w budynek, gdzie wybił dziurę wielką jak okno.
Powstańcy opanowali elektrownię,a jednak wycofali się. Byłem tam ra-
no. Brama była wywalona przez czołg wraz z murem. Na korytarzu dy-
żurki stały zakrwawione nosze. W elektrowni walczył Czajka i Krzywo-
usty. Zastrzelili obsługę niemiecką, coś około czternastu ludzi. Niemcy
kilku powstańców ujęli i zastrzelili. Mój ojciec tej nocy nie pracował.
Krytycznie wyraził się o działalności organizatorów. Twierdził,że Niem-

24

ców można było wydusić bez wystrzału i utopić w kanałach , że nikt by
ich nie znalazł. Robota wykonana po cichu, dałaby powstańcom możli-
wość wycofania się bez strat.
Całe moje otoczenie,s markacze tacy jak ja,było za walką. To się wyczu-
wało na każdym kroku. Nowy Kurier Warszawski, gazeta wydawana
przez okupanta, donosiła o sukcesach w tłumieniu powstania. Ryksze
były im bardzo pomocne.
W biały dzień nadleciały samoloty z pomocą. Z odległości 15 kilomet-
rów widać było małe chmurki po wybuchu pocisku. Z tych chmurek ro-
biły się chmury, które pokryły niebo nad Warszawą . Świadczyło to o
wielkiej sile przeciwlotniczej. Z takiego ostrzału nie mógł wyjść żaden
samolot. Pojemniki spadły również poza Warszawą. Po kilku dniach
chłopcy pokazywali mi amerykańskie granaty z krótką rączką.
Gdy był wiatr ze wschodu, to nanosił pył i dym znad Warszawy. Płatki
spalonego papieru były tak duże,że można było odczytać całe wyrazy.
Łąka przy glinkach zrobiła się czarna od popiołu. Taki wypadek zdarzył
się tylko raz.
W kilka dni po wybuchu powstania Niemcy musieli doprowadzić do
koncentracji armat, bo bez przerwy biły przez trzy doby. Później takiej
kanonady słychać nie było. Dymy nad Warszawą ludzie porównywali do
tych z ubiegłego roku, gdy płonęło getto. Jednak teraz były większe, bo
obejmowały cały wschodni horyzont.
Kurier Warszawski ,ten nowy doniósł:”Po twardych walkach ulicznych
padła Praga”, a następnie po dwóch miesiącach:”Po kapitulacji gen.Bór-
Komorowski stał się jeńcem wojennym Rzeszy”.

25

Rozdział III

Jeszcze podczas trwania powstania w warsztatach kolejowych słychać
było jakieś ruchy i wybuchy. To Niemcy wysadzali fundamenty maszyn,
a maszyny ładowali na wagony i wywozili do Rzeszy. Niektóre z nich
nie rozładowane w Niemczech jechały w 1945 r. do Rosji.
Po upadku powstania za betonowym ogrodzeniem warsztatów słychać
było rozmowy ludzi. Okazało się,że wszystkie hale są zapełnione ludźmi
Ja zostałem podsadzony przez kilku mężczyzn i zajrzałem za ogrodze-
nie. Przed długą halą stało mrowie ludzi.
Na mojej ulicy Ogrodowej był mały placyk ,piaszczysty,pełen dołów.
W tym miejscu ludność zaczęła organizować pomoc żywnościową.
Ja także tym się zajmowałem. Byłem podsadzany, pobierałem karteczkę
i pieniądze. Za tę sumę w węzełku przerzucano pieczywo. Na murze
chciałem usiąść okrakiem, aby było wygodniej. Jednak wartownik wy-
mierzył do mnie z karabinu i musiałem zeskoczyć. Byłem jednak świad-
kiem, jak pieniądze pochodzące zza muru są wynoszone przez nieuczci-
wych ludzi. To mi się nie spodobało i wycofałem się. Zza muru coraz
częściej słychać było głosy: Ja już dwa razy rzuciłem pieniądze i nic nie
otrzymałem. Rozejrzałem się, rzeczywiście, dwoje młodych ludzi
podniosło zawinięte w papierek pieniądze i poszło sobie.*
Zaledwie kilka dni przebywali ludzie w warsztatach. Część została roz-
puszczona do domów, a większość wywieziona do Niemiec. Warsztaty
opustoszały. Przed bramą główną stało dwóch wartowników. Można by-
ło wchodzić i wychodzić, więc ja z ciekawości wszedłem. Łaziłem
dobre kilka godzin w nadziei,że coś znajdę i zabiorę. Wszystko było tak
wysprzątane, że nawet starej nakrętki nie znalazłem.

26

Od strony ulicy Narodowej przy ogrodzeniu,za którym stały bloki
mieszkalne opuszczone przez Niemców i volksdeutschów, zaczął
gromadzić się tłum. Wyrwano przęsło siatki ogrodzeniowej i ruszono na
grabież majątku. Byłem tam i ja. Ludzie wynosili szafy, łóżka, różne
meble.
Mój brat Geniek jako największy spryciarz przyniósł do domu dubel-
tówkę i maszynę do liczenia. Dubeltówkę tę zabrał ze sobą do Zdrojów.
Już na początku listopada drogą warsztatową od strony Piastowa szły
wieczorem w milczeniu kolumny piechoty niemieckiej. Jak zdołałem
okiem sięgnąć w kierunku Piastowa, to szły szeregi żołnierzy.
Zdziwiłem się, bo jeżeli dotychczas widziałem piechotę niemiecką, to
szli i śpiewali: ”Rusland weg, ave maryja”. Zawsze częściej spotykałem
kolumny samochodów lub czołgów, ale tak długie kolumny piechoty
widziałem po raz pierwszy i to maszerujące w milczeniu jak upiory.
Drogą od strony Ożarowa ulicą 3 Maja wjechała kolumna wozów chłop-
skich z wojskiem ruskim na usługach Niemców. Wozy były załadowane,
a ładunek nakryty derkami. Jednak po kształcie koców widać było, że
okrywają maszyny do szycia i inne zrabowane z Warszawy przedmioty.
Kolumna ta zatrzymała się chwilowo i pojechała dalej. Nie ma co
ukrywać, że już w grudniu 1944 r. nie było w Pruszkowie, ani w okolicy
żadnych wojsk okupanta niemieckiego. Było tylko dwóch żandarmów.
Polacy nie atakowali ich z obawy na powrót wojska. Takie sytuacje już
wcześniej zdarzały się. Mogła to być prowokacja, celem zniszczenia
miasta i ludzi.
Moje mieszkanie często było odwiedzane przez wędrowców i to należy
odnotować, bo byliśmy biedotą. W kwietniu 1943 r. zapukał do drzwi
młody chłopak, mój rówieśnik lub o rok starszy, mówił, że przez dziurę

27

w murze uciekł z getta. Matka nakarmiła go,nie pamiętam jak długo
u nas przebywał, ale trzy,cztery dni na pewno. Były też dwie
dziewczyny, spały pod schodami – według mojej mamy, bo ja ich nie pamiętam.
Była też kiedyś dziewczynka, chyba w moim wieku. Jedno oko od dru-
giego różniło się barwą. Miała na imię Basia i była u nas kilka dni..
W kilka dni po upadku powstania na podwórko na koniach wjechało
dwóch żołnierzy ruskich, własowców i rozpytywało o jakąś panią Jadzię.
Zatrzymali się u nas na cały dzień. Z fragmentów rozmowy zapamięta-
łem, że na tysiąc chłopa z ich batalionu zostało 78. Reszta wyginęła w
walce z powstańcami. Ich konie karmiliśmy burakami i marchwią.
Rozmowę z nimi prowadziła mama i ciotka Luda.
Już po wejściu wojsk rosyjskich też było kilka osób, które przemykały
się na zachód. Najpierw był starszy żołnierz ruski, około 60 lat. Był z karabinem. Po jego odejściu została paczka naboi. Był też chłopak,około
20 lat, miał pasek nabijany metalowymi ćwiekami. Od Gienka dostał le-
gitymację ze zdjęciem, bo był niby podobny, a sam nie miał żadnych do-
kumentów. Były dwie kobiety, które wróżyły ze stolika. Na stoliku
leżała kartka z alfabetem i wyrazami „tak” i „nie”. Stolik nie mógł w
sobie żelaza. Po kartce przesuwał się talerzyk ze strzałką. Na talerzyku
należało oprzeć ręce i zadawać pytania. Pięć osób trzymało ręce,a
talerzyk krążył po alfabecie. Tato zadał pytanie: Gdzie jest mój brat Józef?
Nie żyje, umarł w uniformie – brzmiała odpowiedź. Tato,twardy
człowiek zapłakał i powiedział: Dzięki Bogu, że w mundurze. Przypętał
się też chłopak Heniek, mówił że pochodzi z lubelskiego,a pochodził z Brześcia
28

i z miejsca zaczął namawiać Geńka, żeby jechać za wojskiem na zachód.
Pojechali w maju. Geniek po powrocie mówił, że był w Berlinie. Nama-
wiał ojca na wyjazd do Zdrojów, malowniczo położonej miejscowości
przy torach kolejowych po tej stronie Odry. Ojciec natychmiast pojechał
z Geńkiem i Heńkiem. Heniek wrócił za tydzień i przekazał mamie, aby
spakowała się, załatwiła w urzędzie przesiedlenie i jechała do Zdrojów.
Heniek przytargał ze sobą walizkę z dykty pełną narzędzi. Prosił, żeby
ją przechować do jego powrotu i pojechał na zachód. Więcej nie wrócił.
Jak opuszczaliśmy we wrześniu 1945 r. Pruszków,walizkę schowaliśmy
na strychu.
W Zdrojach czekał na nas ojciec, a prawdę mówiąc na dworcu w Dąbiu.
Wspomnieniami wracam jeszcze do Pruszkowa. Byłem na ulicy 3 Maja
przy placu Kościuszki, na którym przed wojną stał pomnik Kościuszki,
gdy usłyszałem warkot czołgu. Wjechały dwa ruskie czołgi. Zatrzymały
się z zapytaniem: Gdzie germancy? Zdziwienie ludzi było duże,przecież
tutaj już dwa miesiące Niemców nie ma. Obejrzałem ludzi stających
przy czołgu i na ulicy. Z osłupieniem zobaczyłem,że nikt się nie
zatrzymał.
Każdy szedł za swoją sprawą. Jak to,pomyślałem,nikt nie wita,nie
podaje ręki. Chciałem to zrobić, ale oni odjechali. Tak rozpoczęło się coś nowego.
Niektórzy mówili „wyzwolenie”, tylko mój ojciec ponuro powiedział
kiedyś przy obiedzie: Rusek ,to jest taki złodziej, że nawet rozpalone że-
lazo ukradnie. Gdy byliśmy już w łóżkach, Józio, Lucjan i ja w jednym,
długo nie mogliśmy z wrażenia zasnąć. Tato, jak jest po rusku chleb?
I tak dość długo rozmawiano o tym dniu w domu robotniczym, gdzie oj-
ciec,stary żołnierz, mógł mieć obawy o swój los.

29

Dzisiaj,analizując postępki i czyny mego ojca,dochodzę do wniosku,że
tylko on miał rację i znał ruskich bolszewików.
Pierwszą wiadomością, jaka na drugi dzień rozniosła się po mieście,było
to,że ruscy zgwałcili starą babkę na ulicy POW i że tych dwóch żandar-
mów niemieckich, którzy pilnowali Pruszkowa, złapano.
Nikt Rosjan nie witał radośnie,tak jak to pokazują kroniki:wiwaty, kwia-
ty, machanie rękoma, uściski, pocałunki. Ja przysięgam,że to nieprawda.
Gdy wjechały pierwsze wojska ruskie, ludzie albo stanęli na chwilę albo
i nie. Każdy przekazywał wiadomość: Kacapy przyjechali,a mówił tak
jakby coś zwykłego się stało, na przykład: złamało się koło
Bartosiakowi albo chłopaki ukradli płot. Sam oficer rosyjski powiedział do ojca:
– Ludzie na ulicy niektórzy się cieszą,ale nie wszyscy.
Ojciec po przeprowadzce do Zdrojów, nigdy nie dążył do ściągnięcia
wartościowych rzeczy do domu, a przecież było co ściągać. Dzisiaj,gdy
opowiadam swoim synom, że miałem to i tamto, takie coś też miałem,
dziwią się,że to utraciłem. Przecież dzięki wstrzemięźliwej polityce me-
go ojca, przeżyliśmy w Zdrojach do dnia dzisiejszego. Przykład dać, a
proszę bardzo: w Zdrojach od czerwca 1945 r. były tylko dwie rodziny,
my Kępińscy i państwo Włodarczyk. My – rodzina robotnicza i Wło-
darczykowie – rodzina inteligencka. Po dwóch latach w Zdrojach pozo-
stała tylko jedna rodzina, ta co miała puste pokoje, piwnice, komórki.
Szczegółowo jeszcze do tej sprawy wrócę.
Wracając w styczniu ze spotkania z ruskimi w Pruszkowie do domu, na
ulicy Warsztatowej zaczepił mnie jakiś mężczyzna, człowiek starszy,
wysoki, dostatnio ubrany: Chłopcze, czy to prawda, że są Rosjanie?

30

Tak,proszę pana,dwa pierwsze czołgi.
Bardzo szybkim krokiem oddalił się. Pomyślałem sobie, że albo party-
zant albo folksdojcz. Trzeba odnotować reakcje społeczeństwa na widok
polskich mundurów. Gdy zobaczyłem idącą polską armię na szosie
Warszawa-Błonie, to płakałem z radości. Tylko, że nie wszyscy to byli
Polacy. Żołnierze w polskich mundurach nie zawsze mówili po polsku.
Nie było żadnego bratania się i witania, tak jak było w 1939 r. Była to
inna armia. W kinie w poczekalni kilkanaście osób czekało na rozpoczę-
cie seansu. Wśród nich oficer polski w mundurze kapitana. Przechadzał
się w poprzek poczekalni w milczeniu. Miał 4 małe gwiazdki nad klapą
kieszeni. Stojący obok mężczyżni cicho dziwili się,że oficer był cztery
razy ciężko ranny. Nikt z nim nie rozpoczynał rozmowy. Był to obcy
oficer. Coś mnie w środku odpychało od tego człowieka.
Gdzieś w kwietniu przy kiosku z piwem doszło do rozróby. Pewien
człowiek na widok nadchodzącego oficera drgnął i chciał wiać.
Porucznik złapał go za rękę. Było to na ulicy Chopina. Kim pan jest,że pan ucieka?
O,tak sobie. Ale się pan wystraszył munduru – mówi oficer i bach, face-
ta w twarz. Pokaż pan dokumenty!- nalegał oficer. Nie mam dokumentów.
Dokumenty!- zawołał oficer i znowu uderzył mężczyznę w twarz i to
dwukrotnie. Był to mężczyzna około 35 lat, wysoki, kręcone włosy.
Tak zaczęło się w Polsce publiczne bicie ludzi. Najpierw był bity
rękoma , porucznika zabolały ręce, więc zdjął pas i bił paskiem, cały
czas po twarzy. Do tego mężczyzny podskakiwali inni, uderzyli kilka
razy i odskakiwali. Bity człowiek cały czas cofał się po kilka kroków w
kierunku posterunku milicji. Tam został oddany w ręce wartownika.

31

Ledwo stał nogach, mocno krwawił.
Gdzieś w kwietniu przybył do ojca żołnierz z dwoma kolegami. Był to
ten człowiek, który w Międzyrzeczu dał nam pół worka mąki. Długo w
nocy po cichu rozmawiali. Co pewien czas było słychać – ciężkie czasy
i jakoweś westchnienia. Dwaj pozostali rozmawiali z nami. Opowia-
dali przygody partyzanckie, jak to rozbili samochód pełen obuwia, jak
likwidowali kapusiów. Słuchaliśmy tych opowieści do późnej nocy.
Rano nikogo nie było.
Radość z zakończenia wojny 8 maja była powszechna. Ludzie napraw-
dę cieszyli się. Kto miał broń, to strzelał na wiwat. Wieczorem nad War-
szawą widać było pociski świetlne i rakiety. Ktoś wieczorem strzelił ko-
ło naszego domu, to młody żołnierz rosyjski przyszedł do nas porozma-
wiać. Z armią ruską miałem zatargi nie mniejsze niż z niemiecką.
Wraz z Heńkiem Piegusem dostaliśmy się do ruskiego magazynu tech-
nicznego. Magazyn był na poddaszu budynku. Leżała tam cała góra wa-
lizkowych radiostacji produkcji amerykańskiej. W te radiostacje wmon-
towane były małe silniki elektryczne i przetwornice. Z Heńkiem
wymontowaliśmy kilka sztuk. Zabraliśmy stamtąd kilka
przetwornic,telefonów, słuchawek. Po kilku dniach przyszło do mnie
NKWD. Oddałem wszystko, a od konsekwencji uratował mnie ojciec i
jego robotnicze pochodzenie.
Rosjanie byli straszni bałaganiarze. Linie telefoniczne były niezdarnie
pozawieszane na płotach. Połowę płotów przewrócili dla większej swo-
body poruszania się. Na jednym z płotów zawieszonych było z dwa-
dzieścia kabli. Jeden z nich był sztukowany i nie zabezpieczony. Heniek
stwierdził, że tym kablem płynie prąd. Nadszedł akurat młody żołnierz.

32

Pytam go: Iwan,co to za kabel? Eto telefon. No, to dotknij – powiedzia-
łem. Ten śmiało złapał za druty i zaczęło go trząść, a my w nogi.
U nas w domu, chociaż była tylko jedna izba i kuchnia, zakwaterowano
dwóch sołdatów. Dlatego, że moja rodzina była robotnicza,a więc swoj-
ska. Jeden z Rosjan nazywał się Wrona i pochodził z Moskwy.
Prowadził z ojcem długie rozmowy, co i jak dzieje się w Rosji. Wrona
mówił: Przez pierwsze dwa,trzy lata ojciec miał swój warsztat
krawiecki,a później wsio spółdzielcze. Tak samo będzie u was. Ojciec
zrozumiał to dobrze i zapamiętał na długo. Wrona mówił też: Najlepiej
mieć kufajkę i sapogi, bez płaszcza, bo to już może świadczyć o
dobrobycie. Rewizję ci zrobią i zabiorą wsio, a ty wyjedziesz, nie
wiadomo kuda.
Na naszym podwórku stały dwa samochody, jeden bez plandeki. Ma się
rozumieć, oba amerykańskie. Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć,że
wszystkie samochody,a w nich radiostacje, warsztaty były
amerykańskie. Nawet narzędzia, takie jak : śrubokręty, latarki bateryjne,
telefony. To wszystko,co ukradłem, też było amerykańskie,nawet beczka
smalcu. Nie wszystko,bo to byłaby nieprawda. Na naszej ulicy stała
jednostka łączności. Do aparatów radiowych używano lamp. Niektóre z
nich były produkcji sowieckiej. Na śmietniku leżała kupa lamp
ruskich ,bo co założył, to musiał wyrzucić jako niesprawne. Braliśmy
pełne worki i rzucaliśmy o mur z okrzykiem „hura,hura”.
W marcu pojechałem do Białej Podlaskiej. Jechałem z Jerzykiem,do
Warszawy Zachodniej pociągiem , a dalej przez miasto na piechotę,aż na
Pragę. Szliśmy jedyną przeczyszczoną drogą,były to Aleje
Jerozolimskie.
Gruz po obu stronach sięgał drugiego piętra. Murów nie było,tylko zwa-
ły gruzu. Na jednej krzyżówce dróg była tablica ustawiona na cegłach
33

Aleja Róż. Obok każdej zrujnowanej kamienicy biegły rowy strzelec-
kie i przeciw czołgowe. Pustka, może gdzieś była brama, gdzie ludzie
mogli nocować, ale ja nic takiego nie widziałem. Na Pragę zbudowany
był most drewniany.
Pociągiem dojechaliśmy do ciotki Ludy. Byłem tam zapewne kilka dni.
Jedno ,co sobie przypominam, to zwiedzanie getta w Białej Podlaskiej.
Budynki były rozebrane lub zrujnowane do piwnic. Widać było niektóre
piwnice wyłożone kafelkami. W niektórych całych budynkach można
było zauważyć ciekawą rzecz, przeważnie przy piecach kaflowych lub
lub kuchennych ukryte były wejścia do lochów. Korytarze wyłożone
były sosnowymi gałęziami i żerdziami, wysokie na metr. Korytarze
miały połączenie z każdym budynkiem w getcie. Można sobie wyobra-
zić , ile pracy włożono w budowę tych tuneli. Podłogi zaśmiecone były
zwojami Pisma Świętego. Papier był gruby, podobny do skóry. Zwoje
miały dwie listwy drewniane, na które nawijany był papier. Pełno leżało
pogniecionych lichtarzy miedzianych.
Był to mój ostatni wyjazd do Białej Podlaskiej. W tamtych stronach
mam jeszcze rodzinę. Brat mojej matki i ciotki Ludy mieszkał w
Łukowie.
Nazywał się Bronisław Uzarewicz. Podczas okupacji prowadził kaszar-
nię i z tego się utrzymywał. Wspomagał też moją rodzinę. Kilka razy
byłem tam z mamą, a raz z ojcem po żywność. Jedna z jego córek
Krystyna Nowacka mieszka w Zdrojach.
Droga pociągiem w tamte strony nie była łatwa. W rowach leżały paro-
wozy i wagony,wysadzone przez partyzantów. W pociągu zawsze była

34

rewizja. Naprzeciwko mnie kiedyś siedział ksiądz. Jemu nie sprawdzono
walizki. On sam ją otworzył i pokazał. Była prawie pusta, leżał tylko
ręcznik i jabłko. Ludzie z kierunku Łukowa przewozili żywność w
kierunku Warszawy. To się opłacało. Szmugiel tępiła żandarmeria
niemiecka. Za przewóz mięsa szło się do obozu. Ludność wspomagała
się jak mogła.
Wiadomości o rewizji były wcześniejsze niż pokazanie się żandarmów.
Tę jedność społeczną rozbiła dopiero komuna po 1948 r.
Bywało, że cały tor kolejowy od Łukowa aż po Warszawę obstawiony
był przez wojsko, stali co sto metrów i pilnowali torów. W czasie
jednego z naszych powrotów pociąg został zatrzymany przed Łukowem
w lesie.
Partyzanci wysadzili tory. Na miejscu wypadku pełno było robotników
niosących podkłady i szyny. Cały teren obstawiony był wojskiem. Lufy
automatów wycelowane były w pobliski las. Przepuszczono najpierw
transporty wojskowe, a potem nas.
Chciałbym opisać los jednego drzewa, aby czytelnik mógł porównać
stare społeczeństwo, to przedwojenne, a obecne to komunistyczne. Nad
Utratą tuż przy moście przy elektrowni rosła ogromna topola. Jednej
wiosny Utrata wylała, zlane były wszystkie niwki w dolinie rzeki. Woda
zaczęła zagrażać topoli. Aby drzewo się nie przewróciło, założono dwie
stalowe liny. Gdy w 1978 r. byłem na moście, to najpierw zauważyłem
brak topoli, następnie spojrzałem na rzekę. Rzeki nie było, tylko
wybetonowany kanał z brudną wodą. Barbarzyńcy – tylko potrafiłem
wykrztusić. Szybko opuściłem most, by nie zapłakać. Nad tą rzeką
ludzie plażowali, kąpali się. Pod tym mostem pewnego popołudnia
rybacy zarzucili sieci i na moich oczach wyciągnęli cztery worki
szczupaka.

35

Ta rzeka zasilała stawy rybne w Mosznach, gdzie hodowano karpie.
Wyginęło stare społeczeństwo, zaginęła rzeka, topola też.
Zaszedłem do kilku chałup na ulicy Pańskiej. Takiej ulicy też nie było,
bo nazwę zmieniono. O rodzinie Kuklińskich czy Zakrzewskich nikt nie
słyszał. Niepokój mnie ogarnął, czy czasami nie jestem intruzem w tym
mieście. Chodzę i wypytuję o różne sprawy. Po dwóch dniach opuściłem
miasto i wróciłem na Ziemie Odzyskane, gdzie rzeczywiście nikt nikogo
nie zna, nie zna stojących drzew, ani historii chałup, mostów , rzek.

36

Rozdział IV

Na stawy rybne w Mosznach wybrałem się dwukrotnie, ale w 1945 r.,
wcześniej tam chyba nie było dostępu. Jerzyk, Lucjan i ja udaliśmy się
do rybaka, który dał nam łódkę i kazał wyrwać kłącza. Łódka była
o płaskim dnie. Kłącza były grube jak ręka, przy okazji każdy wykąpał
się. Na innych stawach pełno było ludzi z wędkami i
podrywkami. Panował chaos i bezkrólewie. Co było do złapania,
wyłapano. Zaczęto ścigać dzikie kaczki, ale te trudniej było złapać.
Stawy w Mosznach były płytkie można było po nich chodzić.
Niemcy wycofując się z Pruszkowa wywieźli wszystkie maszyny z fa-
bryk. Wysadzili w powietrze mury zakładu mechaników z Ameryki, a na
końcu elektrownię. Naród szybko odbudował elektrownię .Rosła w
oczach. W nowej stołówce jadłem kilka razy obiad. Gdy opuszczałem
miasto był już produkowany prąd.
W 1944 r .leżałem kiedyś nad rzeką koło mostu kolejowego,patrzę nad-
jeżdża wolno pociąg specjalny. Po wagonach kręcą się Niemcy z obcę-
gami i obcinają druty trakcji elektrycznej. Tak mnie to zdenerwowało,
poprzysiągłem Niemcom odwet.
Zaraz po wkroczeniu sowietów nastąpiło w społeczeństwie rozluźnienie
Ogłoszono, że każdy sklep jest państwowy. Wiele sklepów było
zamkniętych. Młodzież organizowała się w grupy i partie, często
zwalczające się nawzajem. Na mojej ulicy były dwie. Ja byłem szefem
jednej z nich.
Walczyliśmy z partią z drugiego końca ulicy. Walczył nawet Pruszków
z Piastowem. Społeczeństwo stało się niepokorne i nieposłuszne.

37

Nikt nie kupował biletów kolejowych, na stację wchodzono przez dziurę
w płocie. Pociągi były obładowane. Ławki na zewnątrz załadowane,da-
chy również. O pracę było nietrudno, ale każdy chciał pracować u pry-
watnego, a tych prywatnych było coraz mniej. Na targowiskach można
było dostać każdy towar, tak jakby wcale nie było wojny. Całe pryzmy
ziemniaków, buraków, marchwi; pełne stoły słoniny i mięsa, koszul i
zwoje papieru z odbitymi banknotami. Stały wozy konne naładowane
workami ze zbożem. Nigdy w życiu przedtem ani potem nie oglądałem
takich ogromnych ilości towarów. Ludzka pamięć jest zawodna, a to co
jest napisane pamięć przedłuża. Trzeba tu wspomnieć, że za komuny
targować nikomu nie było wolno. Tylko spółdzielnie i pgry. Taka jest prawda.
Mama otrzymała dokumenty przesiedleńcze i termin wyjazdu. Organi-
zatorem był Geniek. Jechali z nami babcia i Jerzyk. Wagony
podstawiono towarowe. Ludzi wyjeżdżających dużo. Gdy pociąg
ruszył,rozpoczęły się rozmowy. W naszym wagonie było nas piętnaście
osób. Byli to różni ludzie,ale rodziny oprócz naszej żadnej.
Oglądałem taniec z nożami na Kaukazie. Turki wbijali sobie noże w dło-
nie i tak tańczyli. Dzisiaj są one zakazane – opowiadał starszy jegomość.
Wioskę moją spalono,a ludność wybito.
W ten sposób rozmawiano sobie podczas jazdy. Mówiono otwarcie, nikt
się nie krępował. Nieznana w Polsce była tajna służba i strach przed są-
siadami.
Po dwóch dobach stanęliśmy w Stargardzie. Tu zostaliśmy zatrzymani
na trzy dni. Była to wielka stacja,wypalona. Na każdym torze stał pociąg.
Dwa transporty jeńców niemieckich,idące na wschód. Jeden transport
przesiedleńców niemieckich z Olsztyńskiego. Aby przejść przez tor,

38

należało iść pod wagonami,albo przez wagony. Dużo transportów było
pustych. Wśród wagonów z przesiedleńcami grasowali łotrzykowie. Nie
omijali i naszych, ale u nas była uzbrojona straż. Łotrzykowie bezkarnie
okradali jeńców i przesiedleńców. W jednym wagonie byłem i ja. Był to
wagon osobowy, na ławce leżał chory szwab, tobołków przy nim żad-
nych. Ludzi żadnych, bo kto zdrowy skupił sięw jednym wagonie,dla
ochrony. Przy starym szwabie jeden z łotrzyków znalazł medale; był tam
jeden za przetrzymanie zimy w Rosji w 1942 roku.
W jednym transporcie stały traktory z UNRY. Tam skradziono prądnicę.
Traktory szły na województwo szczecińskie wyprzedzając osiedleńców.
Otrzymały je PGR-y i gminy.
Podczas postoju w Stargardzie ludzie załatwiali swoje potrzeby między
wagonami.
Nad naszym wagonem był wąski mostek dla pieszych, z jednej strony
torów na drugą. Z tego mostku widać było wypalone i zrujnowane mia-
sto. Po trzech dniach transport ruszył i wieczorem dojechał do Dąbia.
Czekał tam na nas ojciec i pan Władysław Sztekiel z bratem. Był wóz
zaprzężony w dwa konie. Sztekiel miał karabin na plecach. Był też
wózek na czterech kółkach, który ciągnąłem z Jerzykiem. Ciemno
było,więc trasa wydawała się długa. Ciągnęliśmy ten wózek dobrą
godzinę. Wóz jechał drogą, na wozie babcia, mama z Anielką i Tadeusz.
Cały dobytek to kilka worków, a w jednym z nich Geńkowa strzelba.
Pustka i cisza.
Pierwszy raz w życiu szedłem przez wymarłe miasto nocą. Po drodze
prawie cały czas budynki. Budynki ciemne, było to dziwne zjawisko.
Jak to, tyle budynków bez ludzi , a może tylko to zaciemnienie obowiąz-
kowe. Brak ludzkiej mowy i szczekania psów. Martwe miasto.

39

Czy daleko jeszcze? Już zaraz będzie betonowa droga, to pójdzie lżej -
odpowiedział ojciec. Zajechaliśmy. Widać było w oknie światełko,a
więc ktoś tu żyje. Rozpoczynał się trzeci okres w moim życiu: Dobrzyń,
,Pruszków, a teraz Czanowo. Pomyślałby ktoś, że rodzina po przyjeździe
do pustego miasta, zostanie na wieki dostatnia. Tyle przecież tu
opuszczonego mienia,Rzeczywiście,było wszystkiego dosyć. Chodzi
tylko o to,że mój ojciec zakazał znoszenia do domu czegokolwiek,
oprócz opału. Podczas jednego z pierwszych posiłków tata zauważył:
:Przy tej pustej piekarni, tam za rogiem, zauważyłem Włodarczyka z synem, coś im się śpieszy.
Było to powiedzenie człowieka, który nie miał zamiaru niczego do
domu ściągać. Tak było. Historia pokazała, że była to jedynie słuszna
droga. My, dzieciaki, uganialiśmy się za zabawkami i nartami. Nart w
domu było piętnaście par. Ja miałem dwie pary: jedna – wąska, druga-
szeroka. Nigdy nie wiedziałem dlaczego jest między nimi taka różnica.
W naszym domu odbyły się trzy rewizje. Powód był różny. Nie były to
typowe rewizje, ale przegląd kątów. Milicja musiała wiedzieć,co kto ma,
ile, po co i co robi, gdy nie jest w pracy lub na zebraniu. Takie były cza-
sy. Czasy przemocy i donosicielstwa. W Zdrojach nie ma budynku, w
którym bym nie był. Szperałem nie sam. Pierwszym kolegą był Tomek
Czukanow. On trochę kulał na jedną nogę. Miał przestrzelone lewe udo,
bawił się karabinem w Wólce Węglowej ,skąd pochodził. Niechcący po-
ciągnął za cyngiel i przestrzelił sobie nogę. Karabin był ojczyma, party-
zanta, pana Michalskiego. Ojczym zginął na Okęciu w czasie powstania
warszawskiego. Tomek wraz z matką i babcią przyjechali jesienią do
Zdrojów. Najpierw mieszkali naprzeciwko budynku gminy,a następnie

40

zajęli budynek obok nas na ulicy Osiedleńczej. Nazwę ulicy nadał ojciec.
Jesienią 1945 r. odwiedziłem szkołę rolniczą, bardzo długo łaziłem po
salach. Na pamiątkę wziąłem sobie zielnik, gablotkę z ziemniakiem,sto-
jak na pipety i kilka dziwnie powykręcanych rurek szklanych. Tu zaczę-
ła się moja przygoda z przyrodą.
Centralne ogrzewanie w tej szkole naprawił mój ojciec. Wykonał
kosztorys, wygrał przetarg i uruchomił szklarnię. Dyrektorem w tym
czasie był pan Tkaczyk. Były to jedyne pieniądze zarobione w Zdrojach
na przestrzeni dwóch lat. A były to na owe czasy duże pieniądze.
Rodzice kupili każdemu buty, pierwsze w życiu. Miałem już piętnaście
lat i pierwsze własne buty.
Niedaleko szkoły ogrodniczej były inne gospodarstwa ogrodnicze,jedno
z nich zajął pan Usowicz. Miał on dwie córki w naszym wieku. Na
niego był zamach z bronią. Został ranny w bok. Milicja nie znalazła sprawcy.
Posiadanie broni w pierwszych latach było powszechne. U nas w domu
były dwa karabiny i dubeltówka. Ja też miałem swój karabin ukryty w
górach. Wiedzieli o nim Tomek i Władek Januszewski..Urządzaliśmy
sobie strzelanie do różnych celów. Jak go znalazłem?A no tak: na górze
nad stacją kolejową stały cztery reflektory przeciwlotnicze i dwa agre-
gaty prądotwórcze. W dołku strzeleckim leżał trup żołnierza niemieckie-
go, a obok nadepnąłem na karabin. Po kilku miesiącach oddałem go na
posterunek MO.
Zdroje nie były takie bezludne,jakby się wydawało. Oprócz trzech ulic
zajętych przez sowietów, inne też były zaludnione w 1945 r. gęściej niż
w 1947. Było kilkunastu mężczyzn, tworzących bandę „Szafy”.Trochę

41

kurew i trzy rodziny. W pierwszych dwóch latach rodzin było tylko dwie
Kępińskich i Włodarczyków. Januszewscy przybyli w 1946 r.,a reszta
nie tworzyła rodziny, na przykład Tomka, bo nie było ojca.
Akty nadania otrzymywała tylko rodzina, która legalnie przybyła na
Ziemie Odzyskane, a więc miała urzędowe skierowanie.
Jedyny sklep spożywczy prowadził pan Marian Jasiczak. Wraz z Niem-
cami nie wycofał się pan Walczak, który był niewolnikiem u gospodarza
i pan Doroszewski mieszkający na Osiedleńczej. Człowiek w podeszłym
wieku, starszy od mego ojca,udzielał informacji o zakładach produkcyj-
nych w Zdrojach: o cementowni, szlifierni, lotnisku.
Nie było z czego żyć. Na jesieni zbieraliśmy tylko gruszki i jabłka, a to
nie mogło być podstawą wyżywienia. Ojciec za namową pewnego
faceta który też zatrzymał się na Osiedleńczej, zaczął pędzić bimber.
Surowcem był sznycel – suszona krajanka buraków cukrowych.
Znajdowała się prawie w każdym domu, zastępowała cukier w czasie
wojny. Ten sznycel zalewano wodą, dodawano drożdży i po kilku dniach
gotowano. Za wódkę można było dostać wszystko od Rosjan, bo tylko
oni mieli żywność. Tak było przez dwa lata. Jaki taki ruch rozpoczął się
dopiero po opuszczeniu Zdrojów przez Rosjan. Powstały dwie piekarnie i kilka sklepików.
W Zdrojach naliczyliśmy dwadzieścia jeden restauracji i kawiarni po-
niemieckich. Było to kiedyś osiedle wypoczynkowe. Zniszczenia wojen-
ne były duże. Żadna chałupa nie miała całego dachu i każda wymagała
jego naprawy. Kilka budynków zostało spalonych już po wojnie. Pomyś-
lałby ktoś, że do można było wejść do każdego budynku i brać, co się
dało i chciało. Otóż jesienią 1945 r. w budynkach już nic nie było oprócz

42

połamanych mebli. Mieliśmy trudności ze sprowadzeniem łóżek do spa-
nia. Wściekły demon musiał chodzić przede mną. Wszystko leżało prze-
wrócone, zdeptane,przetrącone. Podłogi nie było widać,jeno pierze wy-
sypane z poduszek i pierzyn, dlatego nic nie mogłem znaleźć z zabawek
i innych rzeczy. W jednym mieszkaniu znalazłem szachownicę i kilka
figur, reszty nie było. Lepsze meble, nowoczesne,stały na stacji
kolejowej, było tego setki. Szafy,kredensy,szafki,otomany,leżanki,sofy.
Nie załadowane na czas zostały zniszczone przez deszcz. Tej stacji
kolejowej już nie ma. Została spalona w 1948 r. Stała przy lotnisku. Na
tej stacji w automatach były bilety kolejowe. Niedaleko na polu był
magazyn talerzy fajansowych, kilka wagonów by tego nie zabrało.
Ruscy wprowadzili tam stare samochody i podpalili. Od gorąca talerze
popękały.
Wszystko co nadawało się do wywiezienia,to Ruscy wywieźli w prze-
ciągu dwóch tygodni, tak że w maju tereny te były puste. My,osadnicy,
zastaliśmy puste fabryki i domy, prócz kotów nie było nic żywego i
poza śmieciami też nic nie było. Trzeba sobie zdać sprawę,że ludność
opuszczała domy w pośpiechu. Nie pozostał żaden pies. Podczas
łazikowania natrafić można było na składy amunicji: granatniki, różne
pociski do armat, garłacze, amunicja karabinowa w całych stosach. Dwa
czołgi amerykańskie stały naprzeciwko poczty. Nie były spalone. Miały
po dwie wieżyczki. Byłem w nich, w środku. Wieżyczka była
schludna,wymalowana na biało. Działko 20 mm nie miało zamka .Te
czołgi i amunicja amerykańska zostały zdobyte w grudniu 1944 r. w
Ardenach. Po co ściągano je na front wschodni? Czołgi amerykańskie w
większej ilości spotkałem na dworcu towarowym w Dąbiu. Był tam pod
lasem wielki plac i kilka magazynów. Pełno tam było różnego sprzętu wojskowego.
43

Zabawę z amunicją od dział mielismy specyficzną. Brało się proch i za-
palony rozrzucało w koło.
Koło pomnika na krzyżówce był magazyn – ziemianka. Na jeden samo-
chód tej amunicji by nie zabrał. Braliśmy pociski 50 mm, takie długie,
uderzało się o drzewo środkiem tak, że czub się wyłamywał i spadał na
ziemię. Proch wyglądał różnie: były długie rurki jak makaron, paski w
siatce. Proch był przez nas zakopywany w ziemię i podpalany. Następo-
wał niegroźny wybuch. Bawiło to nas i tak było, dopóki w 1947r.nie zo-
stały wysadzone przez naszych saperów. Strach był przez kilka tygodni,
bo odłamki leciały na kilkaset metrów. Jechałem akurat rowerem na
szlauchach do Klęskowa, kiedy po prawej stronie zaraz za wiaduktem
kolejowym nastąpiła eksplozja. Spadłem z roweru, a za mną najmłodszy
Sztekiel, późniejszy teść Bolesława. W tym miejscu od wiaduktu kolejo-
wego aż po pałac stały cztery armaty. Rowy pełne były ręcznych
wyrzutni granatników, pancerfaustów i amunicji armatniej. Tu
przebiegała główna linia obrony i już ostatnia broniąca drogi na
Szczecin. Tę amunicję mozolnie na kupy znosili saperzy i wysadzali.
Żadnych ostrzeżeń nie było. Nie było to w modzie.
Rower miałem bez opon i dętek. Zakładało się węże gumowe, okręcało
się drutem i jazda. Była to ciężka jazda. Takim rowerem cały rok jeździ-
łem po mleko do Sztekla w Klęskowie. Zajął on cały budynek na skrzy-
żowaniu ulicy i toru kolejowego, tuż przy stacji kolejowej Hukendorf.
Dzisiaj po tym nie ma śladu i po cmentarzu też. Zbudowano tu osiedle
mieszkaniowe. Za przystankiem kolejowym po przejściu drogi,po lewej

44

stronie,był piękny nowoczesny cmentarz. Nie było na nim krzyży. Aleje
wysadzane tujami, wszystko równo przystrzyżone, nagrobki kamienne
zadbane.
W budynku u Sztekla był kiedyś sklep masarski, były też zabudowania
gospodarskie i tam trzymali krowy i konie. U nich codziennie dostawa-
łem mleko dla Janusza i Anielki. Była to porządna i pracowita rodzina.
Mleko wydawała mi młoda kobieta, chyba ich siostra. Władek mając pa-
rę koni przywoził szczapy z lasu do maszyny parowej, jaka była na na-
szej działce. Drzewo przywoził w imieniu własnym i innych z Klęskowa
którzy korzystali z prądu, np. pana Króla, Łuczaka. Ludzie ci czuli się
w obowiązku dostarczać opał do elektrowni. To jest ważna historia i
trzeba ją opisać. Mój ojciec był wielkim społecznikiem i patriotą. Całe
życie ciężko przeżywał obecność kacapów w Polsce. Już w czerwcu
rozpoczął remont maszyny parowej,stojącej w ruinach wypalonej
fabryki mebli.
Pomoc otrzymywał z gminy. Ustalono z gminą, że maszyna parowa bę-
dzie gminna i gmina będzie finansować jej remont. Reszta będzie ojca
wraz z działką. Wszystkie budowle na tej działce zostały ojcuprzyznane. Tak się stało. Przy remoncie codziennie pracowało kilku niewolników.
Kryto nowy dach. Dynamo do wytwarzania prądu było wielkie jak
samochód. Wewnątrz elektrowni instalację założył Janusz. On podłączał
wielkie mosiężne zegary z literą V i A. Wielka tablica rozdzielcza była z
marmuru. Na niej dwa heble do załączania sieci. Tablica wielkości 1×2 metry.
Każdy z mieszkańców miał wątpliwości, czy żarówka zapali się od tego
dynama 110 volt. Jednak Janusz, genialny chłopak, uzyskał napięcie 220
voltów;żarówki w domach paliły się normalnie. Była to wielka ulga dla

45

mieszkańców , a zarazem duma dla gminy. Prąd na dzikim zachodzie,
to było coś. Każdy remontował sieć uliczną jak mógł, aby doprowadzić
prąd do swej chałupy. Ta elektrownia pracowała do chwili otrzymania
prądu ze Szczecina. Została ona rozbita później przez komunistów.
Najpierw zabrali maszynę parową i wywieźli do PGR Pęzino, następnie
zabrali ojcu działkę, na którą miał akt nadania. Prąd płynął do Sztekla
do Klęskowa, a także do placówki sowietów na drodze do Dąbia.
Placówka ta składająca się z około 70 ludzi została pewnej nocy
otoczona i wystrzelana przez NKWD.
Pewnego wieczoru obsługiwałem z ojcem maszynę, gdy przyszedł żoł-
nierz ruski z pepeszą na ramieniu. Zaczął ojcu tłumaczyć, że oni też
podłączyli się do sieci i chciałby, żeby dzisiaj było dobre światło. Gdy
wyszedł , zapytałem ojca: Widział ,tato, jakie miał zakrwawione ręce?
Cicho, milcz, synku. Była to jakaś banda. To oni zabrali Tomkowi rower.
Tomek co kilka dni jeździł na opatrunek do Dąbia. Jechał jedynym
rowerem na oponach, jaki był w Czanowie. Chodzić jeszcze nie
mógł,kulał.
Musiał wracać do domu na pieszo. Na chodniku i między drzewami ko-
ło budynku, w którym mieszkali kacapy, leżały garłacze. Jak kto uderzył
czubkiem buta w spłonkę , wylatywał w powietrze.
Pewnego wieczoru na Osiedleńczej zapukał ktoś do drzwi. W domu był
akurat Geniek. Nie był on najstarszy, bo najstarsza była Marysia
inwalidka i Janusz gruźlik. Geniek był gospodarzem, bo ojca i matki nie
było. Geniek otworzył drzwi, a widząc dwóch ruskich z pepeszami
zapytał: Czego? My chcieli zobaczyć, co on tam tak krucit. Gdzie? No ,w piwnicy, stoit i krucit.

46

A co was to obchodzi? Niczewo, my tolko….
Geniek zauważył, że to nie przelewki. Posłał skinieniem głowy Lucjana
po pomoc. W domu były dwa karabiny. Tadeusz i Józio już stali w
drzwiach pokoju z karabinami, a Marysia ciekawska przed nimi.
Rozmowa stawała się coraz ostrzejsza. Na pomoc wpadł wspólnik
pędzenia wódki. Mieszkał on na Osiedleńczej w tym samym budynku
co Doroszewski. Lucjana już nie było, bo popędził do gminy po milicję.
Spokojnie – zawołał od progu wspólnik, spokojna i szerokim gestem
zaprosił ruskich do pokoju. Oni niechętnie weszli, woleli iść do piwnicy,
ale ja stałem w drzwiach i tarasowałem drogę. Weszli do pokoju. Po
krótkiej rozmowie, której nie dokończyli , wbiegł komendant
Juchniewicz z empi na ramieniu. Wszystko rozeszło się po kościach.
.Mogłem wrócić i dalej wyciskać moszcz prasą. W całej okolicy,w
Zdrojach i Klęskowie wiedziano, że u nas pędzi się bimber. Nigdy nie
było takich kłopotów jak opisałem. Przeciwnie, nasz dom był pod
opieką milicji i dowództwa wojsk ruskich, bo było to jedyne źródło
wódki na całą okolicę. Bywało przecież, że za stołem zasiadało po
czterech, pięciu oficerów sowieckich.
Pito wódkę do upadłego. Każdy coś ze sobą przyniósł: chleb, słoninę,
mąkę, kawę, cukier .Była to wymiana, z tą różnicą, że oni zapłatę za
towar wypijali na miejscu. Ojciec był człowiekiem gościnnym. Na tym
pustkowiu była to jedyna forma kontaktu ze światem. Za wódkę
przywożono po dziesięć kanistrów nafty. Pan Juchniewicz wiedział o
tym, że w domu są dwa karabiny. Miał on żonę, zgrabną kobietę.
Wyjechała,gdy on zginął.
A zginął głupio,albo został zabity. Widziałem go w trumnie, miał białą
szmatkę na czole. Mówiono,że garłacz za szybko pękł i odłamek ugodził

47
go w czoło. Akurat w czoło? To nie daje mi spokoju. Pogrzebano go z honorami w Podjuchach. To też dziwne, bo nie praktykowano tego z innymi. Dom, w którym mieszkał, stoi po dzień dzisiejszy.
W naszej piwnicy, jak w każdej, była pralnia. Duży kocioł z paleniskiem, betonowy zbiornik na bieliznę. W tej pralni pędziliśmy
bimber. Obsługa obejmowała: nalewanie zacieru, podtrzymywanie
wolnego ognia, smakowanie cieczy wypływającej z chłodnicy. Pierwszy
płynął spirytus,następnie wódka, a potem woda. Bywało, że za jedną
noc napędzono 20 litrów.
Razem z Lucjanem poszliśmy do Rusków handlować wózek na czterech
kołach. Do pokoju, w którym mieszkali, nie można było swobodnie wejść.
Od drzwi aż do pieca leżały cztery drągi sosnowe, wsadzone do pieca.
Podpychano je, gdy się upaliły. A jak były za długie, to nie zamykano
drzwi. Taką sytuację akurat zastaliśmy. Zdziwiło to nas, bo taki sposób
spalania drzewa zobaczyliśmy pierwszy raz w życiu. Spali na łóżkach
i na drzwiach. Po krótkim targu stanęło na trzech flaszkach trzy czwarte.
Nie wiedziałem jakie , to oni powiedzieli od wina. Było ich trzech,
dlatego trzy flaszki. Oni wiedzieli kto my jesteśmy, dlatego nie
dyskutowano o innej zapłacie. Wózkiem tym zaczęliśmy z Lucjanem
wozić opał. Węgla w Zdrojach nie było w żadnej chałupie, koksu tym
bardziej. Tylko brykiet i drewno porąbane. Nosiliśmy to z piwnic
koszami .Było to uciążliwe,bo pod nogami zawsze się coś walało.
Brykietu można było nawozić na całe lata, miał on jednak tę wadę, że
nie dawał temperatury i popiołu była masa. Tylko w jednym miejscu
natrafiliśmy na koks, a było to w rozdzielni gazowej.
Ojciec nie był zwolennikiem ściągania do domu towarów i rzeczy. Był
to mądry człowiek.

48

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że można było zawalić wszystkie piwnice, pokoje, strych, garaże sprzętem wartościowym, który później
był w cenie i z tego można było żyć. Z tych pierwszych osadników, nas i
Włodarczyków, tylko oni ściągali do chałupy co się dało.
Mieli załadowane pokoje po sufit, a piwnice również. Zajmował on dom
na Wiosennej. Naściągał rupieci z pomocą dwóch synów Wieśka i Rom-
ka. Wiesiek był dobrym kompanem i szperaczem. Z nim spędzałem wiele dni na wałęsaniu się. Wraz z Wieśkiem postanowiliśmy wybrać się
na harcerską wycieczkę na wyspę za lotniskiem. Łodzi posiadać nie było
wolno. Była łódka na łańcuchu, należała do strażnika rzecznego. Był
trochę znajomy. Rozbiliśmy kłódkę młotkiem, załadowaliśmy sprzęt i
jazda.
Sprzęt to: trójnóg, kociołek, kartofle, słonina, dwa plecaki. Wioseł nie
było, ale zabraliśmy ze sobą takie od kajaka. Płynęliśmy w dół rzeki,
najpierw jeden most, potem drugi. Za drugim skręciliśmy w kanał na
jezioro Dąbskie. Tu nurt był dość wartki. Po prawej stronie to były już
tereny lotniska. Na brzegu przed hangarem siedział strażnik. Z widzenia
znał nas trochę, a my jego. A dokąd to kawalerka? A na tę wyspę na
biwak. Czuwaj!
Czuwaj!Nie pytał skąd mamy łódź, tylko ciekawie przypatrywał się co
wieziemy. Popłynęliśmy trochę dalej i zatrzymaliśmy łódź przy brzegu
wyspy. Wśród nielicznych drzew rozpalił Wiesiek ognisko. Kartofle
obrałem i pokroiłem na plasterki. Na spód poszła słonina. Nad nami co
chwilę szumiały skrzydła łabędzi. Te piękne i wielkie ptaki przelatywały
nad głowami. Gdy już zabieraliśmy się do jedzenia, usłyszeliśmy strzały
karabinowe. Dopiero po pewnym czasie zorientowaliśmy się ,że to
mogą być strzały do nas. Wiesiek pobiegł nad kanał. Tam stał strażnik z
karabinem w ręku, wyzywał i krzyczał,aby natychmiast oddać łódź.

49
Zwinęliśmy biwak i popłynęliśmy łodzią na drugą stronę. Strażnik
krzyczał jak ranny zwierz. Jednak nie zgłosił o kradzieży łodzi. Był to
nasz znajomy.
Trzeba tu napisać kilka słów o wyborach w 1947 r. Na głosowanie wyje-
chano do Gryfina, bo tam było starostwo. Na platformę konną
załadowano pianino, a przy nim grający cygan. Ten cygan miał ładną
córkę. Tańczyła ona na scenie i dostawała dużo braw w momencie kiedy
pokazywała majtki. Cygan razem z panem Łabędowskim był jednym z
organizatorów teatru. Po wyborach przez kilka dni widać było grupki
ludzi głośno dyskutujących. To nie możliwe,to nie możliwe – krzyczał każdy.
Bo każdy wiedział jak głosował i jak inny głosował. Jednak fałszerstwo
było możliwe. Wybory wygrała PPR. Czy wygrała naprawdę, niech
historia to oceni. Wrona miał rację – przy kolacji powiedział ojciec.
Wieśka ojciec chyba nie przypuszczał jakie czasy idą. W jego
organizmie nie było genów przewidujących. Nikt w Polsce nie
przypuszczał, że można kłamać. Chwała tej Polsce , że tak wychowała
obywateli.
Mój ojciec pracę dostał, a Włodarczyk nie. Bo mój ojciec był
robotnikiem a Włodarczyk inteligentem. Taka mała różnica, lecz nie dla
komunistów.
Nie wnikając w szczegóły, doszło do tego, że wraz z całą rodziną Wło-
darczyk zaginął i po dzień dzisiejszy, nie wiadomo , gdzie się podział.
Zostawili cały dobytek i pracę dwóch lat. Dom z całą zawartością został
przekazany pełnomocnikowi rządu. Byłem tam już za panowania pana
pełnomocnika wraz z ojcem. Ojciec jako ślusarz poproszony został do
wymiany zamków. Wszystko stało nienaruszone, tak jak to zostawiła
rodzina Włodarczyka. Oszklona jedna z szafek pełna była różnego rodzaju staroci i kamieni.

50

Panie Kępiński, czy to ma jakąś wartość? – zapytano mego ojca. Ojciec
na starociach nie znał się. Chyba tak – odpowiedział.
Wyszliśmy na tej pomocy jak Zabłocki na mydle. Wszyscy wiedzieli,że
byłem kumplem Wieśka i że często bywałem w ich domu. Pełnomocnik
zatrudniał jako gosposię panią Ewę. Była to przedwojenna dama, tancer-
ka i prostytutka. Po kilku tygodniach gospodarowania znikła bez wieści.
Pani pełnomocnikowa była przekonana, że Ewa tego nie mogła zrobić.
Po kilku dniach weszło do nas troje ludzi i rozpoczęło rewizję. Byli z
UB. Mieszkaliśmy już przy Batalionów Chłopskich. Rewizja była
dokładna, obszukano każde krzesło,fotele, łóżka. Znaleziono dwa
karabiny w sianie na strychu przybudówki, która w tej chwili już do nas
nie należy.
Nie było z tego powodu żadnych kłopotów. Szukano czegoś innego.
Podejrzenie padło na nas, bo ojciec zakładał nowe zamki ,a ja byłem
znajomkiem byłych mieszkańców. Nic nie znaleziono. Nie było też
żadnych przeprosin ze strony pełnomocnika. Był to znak czasu, nie bądź
pewny niczego,bo to idzie komunizm.
Następna rewizja była w 1975 r. Milicja już dawno nie odwiedzała nas
i nie była pewna, co jeszcze mamy, o czym oni nie wiedzą.
Gospodarzem domu był Józio, bo ojciec już nie żył. Zabrali pełen
samochód gratów, część oddali, ale nie wszystko. Były to czasy, kiedy
każdy dom miał swego kapusia.
Drużyna harcerska wyjechała do Gryfina z Leonem Łukasiewiczem jako
drużynowym. Pojechaliśmy pociągiem. Tam uraczono nas grochówką
z wędzonką. Czuwaj!Czuwaj!Jak smakowała grochówka? -zapytał ko-
mendant hufca, uśmiechając się i witając z nami. Był to mężczyzna lat

51

około 35, średniego wzrostu, w butach z cholewami. Byłem wówczas
pierwszy raz w Gryfinie. Przy stacji leżała motorówka cała z aluminium
bez silnika. Dużo budynków było wypalonych, szczególnie starówka. To
już po Stargardzie i Dąbiu trzecie miasto o spalonej starówce. Most meta
lowy na Odrze wysadzony ,ale częściowo. Hufiec w Gryfinie miał swój
ośrodek wypoczynkowy w Binowie. Stał tam nad jeziorem ładny budy-
nek. Wracając z Gryfina śpiewaliśmy :”Anielciu, tyś do mnie listów nie
pisała, Anielciu, tyś zawsze wierną pozostała”.Była to piosenka Armii
Krajowej. My młokosy już zdawaliśmy sobie sprawę, że nowa władza
jej znosi i dlatego głośno ją wykrzykiwaliśmy. W przedziale siedział
nasz polski żołnierz, który jakoś nie reagował na nasze śpiewanie. W
Gryfinie na ulicach ludzi było dużo. Na rynku towarów było w bród. Za
kilkanaście miesięcy wszystko miało się zmienić.
„Karabin ciężki weź do ręki, weź, komunistów z Polski znieś”.Tak koń-
czyliśmy nasze śpiewanie w wagonie, my harcerzyki. którzy jakoś prze-
żyli wojnę, a było nas jakoś mało, bardzo mało. Pan Leon Łukasiewicz,
stary przedwojenny harcerz, latający na szybowcach, opowiadał o
starych czasach. Był tym drużynowym z piosenki: Płonie ognisko i
szumią knieje.
Jego musztra i jego morale były wzorem dla kilku urwisów i hultajów.
Gdy on i jemu podobni odeszli z harcerstwa ,to związek upadł zadławio-
ny fanatyczną ideologią o podłożu Biblii Świętej. Było kilka przyczyn,
dla których musieli odejść. Pierwsza to to,że byli inteligentami,że
pochodzili z Polski , która nie istniała od 17 września 1939 r., że
tworzyli naród przeszkadzający drugiemu w opanowaniu i zasiedleniu
ziem między Dnieprem a Odrą, no i byli narodem wyśmiewającym tych,
co mieli sześciotysięczną historię. Teraz my będziemy rządzić – mówili
do Polaków za Bugiem w dniu 17 września 1939 r.

52

Teraz my będziemy rządzić ,mówiły ich oczy w 45 r., a w 46 r. w
Szczecinie było ich mrowie. Skąd tyle Żydów, niby wszyscy wyginęli, a
na targu na placu Kilińskiego na palcach nie policzysz.
W Zdrojach, gdy myszkowaliśmy po pustych budynkach zastanawiała
nas duża ilość nart, a mała sanek. Wniosek wysnuwaliśmy jeden, że mu-
sieli zjeżdżać po tych wzniesieniach, nazywanych przez nas górami.
Jednak śniegu przez pierwsze dwie zimy nie było. Śnieg leżał może pięć
dni, nigdy dłużej. Wówczas, kto tylko mógł zakładał narty i za tor w
górki. Byli to Romek i Wiesiek Włodarczykowie, Tadek Godlewski,
Tomek Czukanow, Władek Januszewski, Bronek Błaszczyk, moi bracia
Geniek i Lucjan. Najlepiej zjeżdżało się drogą na tor kolejowy lub od
restauracji w dół po tarasach, albo wędrowało się po Puszczy Bukowej i
szukało wrażeń. Jako ludziom niezwyczajnym nart, najtrudniej było
wejść na górę.
Nikt nie znal żadnych zasad poruszania się na nartach. Był to sprzęt dla
nas nieznany, ani z filmu, ani z fotografii, ani z opowiadań. Sześć lat
izolacji dało znać o sobie. Kiedyś znalazłem ładny kij drewniany. Jeden
czubek był z metalową skuwką, po środku nawinięty był sznurek, tu był
kij najgrubszy. Drugi koniec też był cienki. Długość około dwóch
metrów.
Do czego to może służyć?Chyba to kij sapera do wymacywania min.
Z kijem tym chodziłem kilka miesięcy, dopiero ktoś stojący przy budyn-
ku gminy zauważył: Ale masz ładny oszczep. Co takiego?- zapytałem.
No ,oszczep do rzucania w dal. My wychowani przez tyle lat w pustych
izbach, bez szkoły i kontaktu ze sportem, byliśmy zacofani. Znalazłem
długi na półtora metra, płaski, nabijany płaskimi zębami przedmiot. Co
to może być? Nie jest to drewno, chyba kość. Sprawę wyjaśnił po kilku

53

dniach pan Włodarczyk, jedyny wykształcony człowiek na tym pustko-
wiu. ”To jest czub nosa ryby,zwanej piłą”.Wywołało to to śmiech i nie-
dowierzanie. Jednak to była prawda. Wśród tych przygłupów był jeden
chłopak , o którym śmiało mogę powiedzieć, że był geniuszem. Był to
mój najstarszy brat Janusz. Przebywał on w szpitalach lub leżał w łóżku
w domu. Majsterkował przy radiach nie mając żadnego przygotowania.
Zawsze brakowało mu schematu radia, obojętnie jakiego. Bez schematu
naprawiał każde radio, a nawet budował swoje własne konstrukcje. Już
w Pruszkowie wykonał radio na kryształkach. Z radia tego nie było
większego pożytku,bo nie było tam polskiej mowy, była za to muzyka i
mowa rosyjska, której słuchał ojciec. Janusz zawsze wołał ojca, bo
gawaryt Moskwa.
Ojciec długo i pilnie słuchał, a potem milczał. Długo wieczorami był za-
dumany i tylko z matką zamieniał kilka słów. Matka często wówczas
płakała. Po przyjeździe do Zdrojów Janusz nie wiadomo skąd poznał
sztukę radiotechniki. Zaczął naprawiać ludziom odbiorniki. Niektóre ra-
dia były wielkie jak szafa, przynoszono je z Podjuch,Klęskowa i Zdro-
jów. Pan Makowski z Klęskowa przytargał radio na dwanaście lamp.
Makowski miał tak samo liczną rodzinę jak nasza. Zamieszkał na
początku Klęskowa po lewej stronie w dużym piętrowym budynku.
Było tam gospodarstwo rolne. Tylko ja z rodziny pracowałem z
Januszem. Przy okazji muszę tu przypomnieć, co powiedziała moja
mama, a było to po śmierci Janusza. Kiedyś napomknąłem, że Janusz
miał swój notatnik, brulion. Gdzie on jest? Tam były jego zapiski i
rysunki .A pewnie, że były, przecież z miejsca zrobił wszystkie
wyliczenia o bombie atomowej, jeszcze w Pruszkowie. Rzeczywiście
przypominam sobie jego wypowiedzi w sierpniu 1945 r. Byliśmy wówczas jeszcze w Pruszkowie.

54

Ojciec był w Zdrojach. Po notatkach w gazetach o wybuchu bomby
atomowej Janusz uśmiechnął się i powiedział: Nie jest to takie trudne,
ale ważniejsze to zdobyć schemat radia lampowego. Takiego schematu
nie zdobył.
Janusz kazał znosić radia i z dwóch lub trzech robił jedno. Zbudował
sam aparat do emisji lamp radiowych, sam omomierz i mnóstwo apara-
tury. Jego sława przekroczyła granice Zdrojów. Pewnego dnia Janusz
leżał w łóżku, a ja byłem przy nim i według jego wskazówek
wykonywałem podłączenie silnika do sieci. Silnik był okrągły , od
wentylatora, bez łap.
Leżał na małym stoliku szachowym tuż przy łóżku. Podłącz go do
gniazdka – były to ostatnie słowa,jakie wypowiedział w życiu .Po
podłączeniu silnik drgnął, a że był okrągły stoczył się ze stolika na piersi
Janusza.
Nie był to ciężki silnik, może 4 kilo. Wysokość opadu prawie żadna, ale
takie uderzenie w piersi wystarczyło,by z gardła buchnęła krew. Zabra-
łem silnik z jego rąk i skoczyłem do drugiego pokoju, gdzie siedzieli
rodzice i kilka obcych osób: Mamo, Janusz ma krwotok. Mój krzyk
poderwał wszystkich. Ojciec podłożył złożone ręce pod usta Janusza i
wyłapywał płynącą krew. Obrócił trzykrotnie do ubikacji, tam wylewał
krew.
Januszowi oczy zachodziły mgłą. Ostatni ich ruch był w moją stronę.
Umarł w ramionach matki. Tato, to ten silnik uderzył go w piersi. Ojciec
nic nie powiedział,matka też. Matka strasznie rozpaczała. Kiedy minął
tydzień mama jeszcze płakała. Liczyłem dni, to już dziesiąty,myślałem.
Nie przechodziło .Dopiero po dwóch tygodniach matka otrząsnęła się.
Spojrzała w lewo , spojrzała w prawo, wstała i wzięła się do roboty.
Trzeba tu nadmienić, że przez dwa tygodnie nikt nic nie gotował, ani nie
sprzątał. Panowały w domu cisza i spokój. Ja też płakałem długo,a mści-
we plany snułem i czekałem na chwilę ich realizacji. Bo to nowe niezna-

55

ne stosunki społeczne były winne. Siedząc na krześle wpatrywałem się
w okno, myśląc o dalekim świecie i próbowałem znaleźć przyczynę
śmierci brata. W obrębie dziesięciu kilometrów nie było nikogo,kto
mógłby zrobić zastrzyk. Kto odważyłby się to wykonać poza
przychodnią, szedł do więzienia. W okolicy nie było lekarza. Nikt nie
przyznawał się do wyższego wykształcenia. Nikt nie mówił , skąd
pochodzi ani co robił w czasie okupacji . Terror zapanował i tylko krzyk
męczonych ludzi dolatywał z piwnic, lasów i wagonów. Po kilku
miesiącach ludzie zaczęli przychodzić po swoje odbiorniki. Przyjechał
człowiek z Podjuch. Pyta ojca, czy zastał syna. W ziemi – odparł ojciec. Co pan powiesz, co się stało ? Tak było ze wszystkimi. Aparaty,które
Janusz sobie wykonał. Mama sprzedała korzystnie człowiekowi z Dąbia.
W 1947 r. gimnazjum w Dąbiu , do którego uczęszczałem,organizowano
obóz harcerski w Jezierzycach koło Śmierdnicy. Nie było w domu pie-
niędzy. Należało wpłacić wpisowe, bo faktycznym organizatorem był
hufiec z Gryfina. Poprosiłem Janusza, czy nie dałby mi pięćdziesiąt zło-
tych. Otrzymałem, wpłaciłem i poszedłem, a wraz ze mną Tomek. Na
obozie było nas około osiemdziesięciu. Namioty dostarczył hufiec z Gryfina.
Sam komendant hufca odwiedził nas na obozie:Czuwaj!Czuwaj! Rozbi-
to namioty na słońcu ,a nie w lesie – stwierdził. Komendant ten zginął
śmiercią samobójczą we własnym domu – stwierdziła milicja. Takich
samobójstw było kilka. Tajemniczych samobójstw? Nikt nie miał
wątpliwości, co się za tym kryje. Nawet podczas chrztu mojego brata
Bolesława aresztowano starostę gryfińskiego. Przyjechało gazikiem
dwóch sowieckich oficerów i dwóch ubowców, zabrali od stołu starostę i słuch po nim zaginął.

56

Janusz był pierwszym Polakiem i Słowianinem pochowanym w Zdro-
jach przy kościele. Był to pierwszy grób od kilkuset lat. Grób ten powi-
nien być symbolem nowej polskości. Ludzie biorący udział w pogrzebie
tak szeptali. Wynarodowiony ksiądz katolicki kazał usunąć grób
w latach siedemdziesiątych. Grób Polaka przeniesiono na cmentarz ko-
munalny.
Wrócić należałoby do obozu harcerskiego. Był to ostatni obóz harcerski
organizowany po wojnie. Później było tylko ZMP. Opiekunem obozu
był pan Kocoń, wysoki facet z bielmem na jednym oku, o ruchach woj-
skowego. W ostatni dzień obozu wyznaczono „zielony dzień”.Władza
przeszła w ręce wybranych osób. Ja zostałem komendantem obozu.
Z miejsca postawiłem na baczność Koconia, a następnie popędziłem go
do latryny i z powrotem, podając komendę: padnij, powstań i tak kilka
razy. Trzeba było widzieć jak sumiennie ten starszy już człowiek wyko-
nywał rozkaz. Ani słowa skargi, ani grymasu na twarzy. Takie były oby-
czaje i tacy byli ludzie. Wykonywał to chętnie, bo tak musiało być.
Złapano naszego dyrektora gimnazjum, zdjęto mu spodnie i majtki,
posmarowano ptaszka pastą do butów. Trzeba było widzieć jak on się
szorował w jeziorze, śmiech był do wieczora. Na obozie zdobyłem kilka sprawności. Egzaminy były w wodzie, lesie, na łąkach i w polu. Na
obóz szliśmy z Dąbia pieszo i tak wracaliśmy. Po pewnym czasie
drużyna ta została rozbita.
U nas w Zdrojach była Lotnicza Drużyna Harcerska imienia Żwirki
i Wigury. Piękny szyld na wymontowanych drzwiach wykonał pan Wło-
darczyk.

57

Budynek należał do drużyny przez kilka lat. Teraz jest tam przychodnia
lekarska. W tej drużynie było nas około piętnastu. Pierwszym drużyno-
wym był pan Leon Łukasiewicz, zamieszkały przy ulicy Harcerskiej,
której sam nadał nazwę. Pan Leon miał około 35 lat,był postawnym
facetem wysportowanym, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. To on na
zabawie w sali przy Lipowej rozbił bandę „Szafy”. Sam na sześciu.
Wśród tej bandy był jeden, co nie miał lewej nogi. Podczas tej bójki
Leon stanął po stronie mojej matki, która prowadziła bufet. Pan Leon
mieszkał wraz ze swoją matką. Pochodził z warszawskiego ,był pilotem
szybowcowym i partyzantem. W czasie, gdy on prowadził drużynę,to
był ruch. Później wszystko upadło. A drużyna była zaawansowana w
pracach modelarskich.
Listewki dostawaliśmy z lotniska. Władze bardzo życzliwie odnosiły
się do naszych potrzeb do roku 1949.
Oddzielnie należy opisać życie kulturalne w pierwszych latach. Tak się
składało, że zabawy taneczne były organizowane co tydzień w sali na
Lipowej. Organizatorem ruchu był pan Łabędowski, starszy już
człowiek, aktor z Warszawy. Robotę prowadził dobrze. Odbywały się
przedstawienia teatralne ,jasełka, tańce na scenie i śpiewy zbiorowe.
Powstało koło miłośników sceny. W przedstawieniach brali udział
wszyscy zamieszkali ludzie bez wyjątku. Nikt nikogo nie nakłaniał.
Wystarczyło powiedzieć:
Władek,wejdź na scenę i zrób to. Władek wchodził bez ociągania i robił.
Nikt się nie wymawiał,że nie potrafi. Kiedyś kilka osób na scenie śpie-
wało wiązankę kujawiaków. Nie za bardzo im to wychodziło.
Pani Krysiu,może im pani pomoże – odezwał się pan Włodarczyk i Kry-
sia weszła na scenę. Była to córka Bronka,brata mojej mamy. Jeszcze

58

było w chórze za mało. Pani Kępińska, pani Michalska, może panie pomogą?
Nadmieniam specjalnie o takich przypadkach, by pokazać morale tamte-
go społeczeństwa.
„A gdy trzeba na śmierć idą po kolei,jak kamienie rzucone na szaniec”-
tak pisał dwieście lat temu Słowacki o swoim narodzie, który znał. Tak
samo widziałem i ja. A było to bardzo dawno temu. Dziś wydawać by
się mogło, że nie znajdziesz takich ludzi, ale to tylko tak się wydaje. Lu-
dzie nie zmienili się, oni tylko przystosowali się do innych stosunków
społecznych, aby przeżyć.
Łabędowski sprowadził z Warszawy kilku aktorów zawodowych. Dali
kilka przedstawień. Wyjechali po kilku tygodniach, bo za małe były za-
robki, a gmina nie mogła ich utrzymywać. Zatrzymali się u nas na jeden
wieczór. Jeden z nich pięknie śpiewał: Warszawo, ty moja Warszawo.
Wśród nich był jeden malarz. Wymalował kulisy w kwiatki, grzybki.
Sala zawsze była pełna. Ludzie przybywali z dalekich okolic,zwabieni
muzyką, przedstawieniem, no i światłem, które bylo w Czanowie od po-
czątku. Na pianinie grał pan Król albo cygan. Zabawy taneczne zaczęły
się psuć. Przybywali ludzie nie wiadomo skąd i wzniecali
bójki,rozbijali meble. Byli to przebrani milicjanci. Zauważyłem to,jak
się oddalali po rozbiciu zabawy. Udali się za stare kino i wsiedli do
gazika należącego do milicji w Gryfinie. To rozbijanie zabaw miało
swój sens. Chodziło o wykazanie, że tylko pod nadzorem milicji życie
społeczne jest nie zagrożone. Tylko że dotychczas nikt się nie bił i był
spokój. Niepokój,zamęt, niepewność i niestałość wprowadzili do życia
społecznego komuniści. Do 1948 r .prawa zakazu organizowania zabaw
milicja nie miała. Dopiero po 1948 r. taką ustawę wprowadzono.

59

Tak się stało, że nie było żadnej
zbiórki, żadnego spotkania towarzyskiego , żadnej zabawy tanecznej i
wspólnego śpiewania. Tylko zebrania partyjne w każdą niedzielę o
dziesiątej. Trzech facetów, którzy na przystanku autobusowym w Dąbiu
śpiewało: Góralu,czy ci nie żal” dostało solidne lanie pałkami od dwóch
przechodzących milicjantów. Jednego z tych pałkarzy znałem,pochodził
ze Zdrojów. Tak zaczęła się władza ludu, władza klasy robotniczej, ale
cicho kierowana przez obrzezańców.
Wchodząc kiedyś do domu natknąłem się na znajomego. Marek – zawo-
łałem. Uściskaliśmy się. Był to Marek Zakrzewski,chłopak osiemnasto=
letni, mieszkaniec Pruszkowa z ulicy Pańskiej, krewniak Władka
Kuklińskiego. Te dwie rodziny inteligenckie zamieszkiwały jeden
budynek. Ich los jest mi w tej chwili nieznany. Marek zamieszkał u nas
kilka dni. Następnie zajął budynek przy ulicy Czeremchowej. Tam spał i
mieszkał.
Kołdrę dostał od mojej mamy. Po dzień dzisiejszy nie wiem , po co
przyjechał. Nigdy nie zwierzał się. Po kilku miesiącach wyjechał. Nigdy
nie pytałem ojca o tę sprawę, ale przysłuchałem się rozmowie ojca z
Leonem: Mówiłem mu, żeby dał spokój,bo to nie możliwe. On chciał
pomścić wuja….To, że chciał pomścić wuja, chodziło chyba o wywózkę
Józefa Kuklińskiego na Sybir. Reszta rozmowy dotyczyła chęci
przejścia granicy na zachód, a to w 1946 r. było niemożliwe. Marek był
dobrym kolegą, spędzaliśmy dużo czasu razem. Znał mnóstwo
pieprznych kawałów.
Próbował poderwać Wiesię,taką dziewczynę mieszkającą przejściowo
u Tomka. Pochodziła z tej samej wsi,co Tomek. Przywiozła ją tu matka,
po dwóch latach wyjechała.

60

W 1945 r. gmina poprosiła mieszkańców o wsparcie biblioteki. Każdy
co miał, to oddał bez szemrania. Te książki dzisiaj, to byłyby dzisiaj
białe kruki. Wszystko przepadło, bo biblioteki upaństwowiono. To co
czerwonym cenzorom nie podobało się, poszło na przemiał. W
Pruszkowie na ulicy 3 Maja była wypożyczalnia książek. Korzystał z
niej Janusz przez całą okupację. Nazywała się „Maria”. Biblioteka ta
przeniosła się do Szczecina na ul. Krzywoustego.
W 1980 r. będąc na kawie z Zygmuntem Gaborym powiedziałem: Ruch
kulturalny w 1945 r. tu na tym pustkowiu był większy niż obecnie.
Tak, ma pan rację – odpowiedział. Był to pierwszy wypadek od czter-
dziestu lat, że ktoś zgodził się ze mną w tej ocenie. Nie ma bowiem żad-
nej kroniki w województwie szczecińskim, która opisywała by tamte
lata. Która podałaby, że w 1945 r. było światło w Czanowie. Piszą
owszem, swoje wspomnienia byli prezydenci i wojewodowie, ale czy
piszą ,co stało się ze starostą gryfińskim albo o teatrze w Zdrojach. Nie
piszą jakiej byli narodowości, czyje nazwiska aktualnie noszą.
Pierwszy skład budowlany, jaki powstał w Zdrojach w 1948 r.
kierowany był przez pana Wandersztoka, Żyda z pochodzenia.
Odremontował on sobie domek przy Czeremchowej. Na zabawach
tanecznych w 1947 r. pojawiało się dwóch Żydów. Odróżniali się od
wszystkich nowymi garniturami. Byli to dwaj wspaniali tancerze i
kompani. Przez kilka zabaw byli ośrodkiem zainteresowania, rej wodzili
w tańcach. W tamtych czasach Żydzi byli lubiani, dopiero po 1957 r.
wszystko zmieniło się.
Tak jak się pokazali, tak i zniknęli. Poszła pogłoska, że skrycie przekro-

61

czyli granicę. Ostatni raz widziałem ich w autobusie miejskim do Szcze-
cina. Opowiadali, jak to „nasi” tam walczą ,to znaczy w Izraelu. Byli w
wieku 40 lat. Przy panu Łabędowskim i przy naszym domu kręcił się
Żydek, pan Roman. Człowiek wykształcony, kręcił się prawie rok.
Często jadał u nas posiłki, był rozmowny. Opowiadał o obozie
koncentracyjnym,jak mordowano kobietę gipsując jej wszystkie otwory
prócz nosa. Miał numer na ręce. Znał się na obrazach i niektóre u nas
oceniał. Wyjechał do Nowego Jorku. Skąd pochodził, nie wiem. Jednego
jestem pewny, że znał Warszawę, bo gdy często na scenie śpiewano: Ja
wiem, żeś ty dzisiaj nie taka, że krwawe przeżyłaś ty dni – to wszyscy
na sali płakali, a my z Tomkiem szturchaliśmy się łokciami: Patrz ,pan
Roman też płacze i pan Zenek. My smarkacze kryliśmy się po kątach za
krzesłami i braliśmy czynny udział w obserwacjach. Ci dwaj Żydzi w
garniturach dobrze tańczyli,a pani Ewa jeszcze lepiej, bo była tancerką i
baletnicą. Zły los zepchnął ją na doły życia. Tańczyła z każdym, a z
Żydkami specjalnie, bo dobrzy z nich tancerze i dobrze ubrani chłopcy.
Na środku sali pokazywali różne wywijasy i tak ludziska bawili się.
Jednego też jestem pewny,że nie tańczono,gdy orkiestra zagrała:
Czerwone maki na Monte Cassino,zamiast rosy piły polską krew. Każdy
stawał ze swoją partnerką,w pół kroku zatrzymując rozbiegane ciało.
Tylko komendant milicji brał swoją i próbował na siłę się kręcić. Ten
komendant był już czwartym z kolei w Zdrojach. Nie pamiętam jego
nazwiska, ale miał on ładną siostrę,która z nim mieszkała. Siostrę
obrabiał facet zajmujący się naprawą radia, wraz ze swoim kolegą.
Posiadał on broń, małego kolta, którego komuś pokazywał ,a ja to
zauważyłem .Był konkurentem Janusza, ale Janusz wyrażał

62

się krytycznie o ich wiedzy na temat radia. Machnął ręką,mówiąc:Parta-
cze. Dla Janusza ,ja znosiłem zegary elektryczne z lotniska, gdzie leżało
kilka rozbitych bombowców, a ww hangarze nad zatoką Dąbską stała
na stojakach żaglówka, czekała aby ją spuścić na wodę.
Lotnisko całe obszedłem jesienią 1945 r. Ogromne hangary były puste;
jeden ,gdzie były warsztaty mechaniczne, był spalony. Kilka samolotów
leżało rozbite. Z nich Janusz i ja braliśmy sprzęt do produkcji aparatury
radiowej. Lotnisko należało do Zdrojów. Brama wjazdowa była w Zdro-
jach. Ale któryś z burmistrzów zmienił granicę między Dąbiem a Zdro-
jami. Temu burmistrzowi ludzie kłaniali się, czego nigdy potem przez
czterdzieści lat nie zauważyłem, aby ktoś powiedział dzień dobry prze-
wodniczącemu rady miejskiej.
Pan Tadeusz Łuczak z Klęskowa prowadził kurs przysposobienia rolni-
czego i wojskowego. Odbywało się to w budynku na rozstaju dróg, nie-
daleko pałacu. Później była tam szkoła podstawowa. Na ten kurs,nie ma
co ukrywać ,chodziła cała młodzież, trochę dla nauki, trochę dla hultaj-
stwa. Pan porucznik Dziubak prowadził musztrę i strzelanie .Nie każde-
go mógł on czegoś nowego nauczyć, bo każdy po wojnie był ostrzelany.
Mieszkał on w Klęskowie i był osadnikiem wojskowym, korzystał z na-
szej elektrowni. Ten kurs ukończyłem i otrzymałem świadectwo.
Ludność polska, która tu napłynęła, chciała te ziemie zagospodarować.
Zabrała się do tego z impetem, pomimo że środków nie miała żadnych.
Zajęte zostały wszystkie gospodarstwa ogrodnicze, większe budynki
warsztatowe i fabryczne, restauracje i piekarnie. Ruch w odbudowie
trwał mocno do pewnego czasu. Potem ludzie zaczęli wyjeżdżać. Nie
rozumiałem tego,ale zauważyłem.

63

Nieraz w latach późniejszych zastanawiałem się, czy komunie nie
chodziło o to,a by zniszczyć ziemie zachodnie.
Aby nie było śladu, że kiedyś istniała tu jakaś cywilizacja i żeby zbudo-
wać wszystko od nowa na znak prawdy fałszywej. Przez czterdzieści
lat obserwacji dochodzę do wniosku, że takie były zamierzenia, bo nad-
szedł dziwny rok 1948 , a z nim łuny pożarów. Spalono dworzec kolejo-
wy, nie uszkodzony przez działania wojenne. Szyby w oknach, bilety
w kasach, na peronie pełno mebli, ustawione i czekające na załadunek.
Tor kolejowy podwójny od strony Dąbia i podwójny na Szczecin, a jed-
notorowy na Klęskowo. Oprócz mebli pełno drutów, linek stalowych ,ankrów. Tu szedł załadunek tego co żywe i ciężkie. Tak mówili panowie
Włodarczyk i Doroszewski. Spłonęła duża restauracja przy zielonym
jeziorku. Była to największa sala i hotel .Obok niej stała wieża ciśnień
z czerwonej cegły. Było tam dużo składanych krzeseł. Te krzesła można
było spotkać nawet przy reflektorach. Z tarasu restauracji widać było
panoramę portu, w którym na pierwszym miejscu stał okręt lotniskowiec
Stał on na środku Odry ,l ekko przechylony, prawie przez rok. Obok tej
dużej restauracji była druga mniejsza i trzecia, przy małej dróżce między
drzewami. Na górze stał dwupiętrowy dom, ogromnych rozmiarów –
spłonął. Z tego budynku swego czasu razem z Genkiem przywieźliśmy
silnik spalinowy dużej mocy, jedno tłokowy. Rozbieraliśmy go cały
dzień. Konia z wozem pożyczył Geniek od Ziemiuchów. Ten silnik
nigdy nie został zamontowany, ani sprzedany. Stał on w piwnicy obok
budynku.
Paliły się lasy. Taki znak zostawiał ten , co je utracił bezpowrotnie. Była
to jednak i słabość tego, co te tereny obejmował. Po niektórych budyn-

64

kach nie ma śladu.
W górach wśród pięknej zieleni stał pałac. Należał on do właściciela ce-
mentowni. Naprzeciw cementowni była też brukowana droga. W
połowie tej drogi stała brama ,kowalskiej roboty. Przy bramie spalony
budynek dozorców, piętrowy. Dalej droga szła do pałacu i tworzyła
pętlę. W środku tej pętli rosła magnolia. Pałac pokryty był bluszczem o
dużych prawie wielkości rabarbarowych liściach. W pałacu po prawej
stronie sieni była obszerna oranżeria z uschniętymi palmami różnego
gatunku.
Najciekawsza była sala główna o wymiarach 30×20 metrów. U sufitu
wisiał żyrandol pięciometrowej średnicy. Sala była wypalona. W niej
posadzka wapienna, ściany ze śladami po ogromnych malowidłach
puste.
Pod kominkiem leżały dwie sztuczne zbroje rycerskie, wykonane z żeli-
wa. Na szczytowej ścianie w małej wnęce stał posąg z białego marmuru.
Był to Mojżesz z rogami i księgami pod lewą pachą. Nie był osmolony
dymem, co by mogło świadczyć o tym, że nie miało się tu co palić
oprócz dębowej podłogi. Obszedłem wszystkie pomieszczenia. Dach
miał konstrukcję stalową,ale poszycia nie było . Na ścianach korytarzy i
na zewnątrz były gipsowe płaskorzeźby, przedstawiające ludzi w
strojach dawnych zajętych produkcją naczyń. Na ścianie zewnętrznej
była miedziana płaskorzeźba wielkości zeszytu, na którą nie zwróciłem
szczególnej uwagi.
Później zauważyłem ją u Włodarczyków, co mogłoby świadczyć,że by-
łem tam pierwszy. Jako smarkacz nie zwracałem uwagi na wartościowe
przedmioty, a Włodarczyk jako człowiek dorosły,wiedział co brać. Za
pierwszym razem wziąłem armatkę z miedzi na dwóch kółkach, dość
ciężką,oraz pistolet o szerokiej lufie z czasów napoleońskich.

65

Za drugim razem myszkowałem w piwnicy. Była tam pusta kasa pancer-
na, a jedna z piwnic była chłodnią. W tej piwnicy pod szafą znalazłem
dwie flaszki wina. To wino próbował ojciec i z niesmakiem wypił. Było
wytrawne,cierpkie i śmierdziało korkiem. Data produkcji 1798 r. Przed
Napoleonem. Do tego posągu strzelałem ze swego karabinu i utrąciłem
mu nos. Używałem nabojów o drewnianym pocisku. Takie naboje były
w pudełku wraz z garłaczem. Magazyn tych garłaczy był na rogu ulicy
Batalionów Chłopskich, a wiodącą do Zielonego Jeziorka. Posąg ten
znajduje się obecnie w muzeum w Warszawie.
Gieniek wziął mnie jako towarzysza i poszliśmy zwiedzać pałac. Geniek
ze swoim karabinem, a ja tylko z karbidówką ,bo elektrycznych nie było.
Długo szukaliśmy bez większego efektu. Zaraz na wstępie trafiliśmy na
tajną piwnicę, do której była wybita w ścianie dziura. Tej dziury nie
było, gdy byłem tam pierwszy raz. W środku były tylko puste półki. Był
tu wcześniej ktoś mądrzejszy i bardziej spostrzegawczy. Geńkowi
sprzątnięto majątek sprzed nosa nie jeden raz. Teraz po latach
przypuszczam, że winę za to ponosił on sam, gaduła i pleciuga.
Zapewne opowiadał kolegom, gdzie jutro zamierza iść i w ten sposób
kumple wyprzedzali go.
Tak właśnie było z piwnicą pod kinem. W piwnicy tej stała woda po ko-
lana, zimna i śmierdząca. Weszliśmy tam z Gienkiem. Piwnice duże.
W jednej, gdzie była pralnia, po wodzie pływały opakowania po łyżkach
i widelcach oraz masa damskiej bielizny, całkiem dobrej, co świadczyło
o niedawnym wrzuceniu do wody. Naszą zdobyczą był serwis
porcelanowy na 24 osoby. Cały wózek talerzy,półmisków i waz. Sprzęt
ten służy rodzinie po dzień dzisiejszy. Geniek klął kogoś pod nosem
szeptem,żebym się nie zorientował o jego gadulstwie.

66

Tak było też z lochami koło Zielonego Jeziorka. Po raz pierwszy byłem
tam z Genkiem, a później kilka razy sam. Szedłem na przodzie z
karbidówką, za mną Geniek z karabinem. Lochy były długie, było kilka
rozgałęzień. W jednym z pomieszczeń była stacja pomp powietrza.
Silniki były już odkręcone. Geniek znowu zaklął po swojemu. W innym
pomieszczeniu leżała kupa połamanych płyt gramofonowych. Po te
płyty poszedłem za rok i sprzedałem je w Szczecinie jako złom. Kupiec
Żydek oszukał mnie na wadze o kilogram. Był to ten sam Wacław
Mierzejewski, który w latach 1958-1960 pracował w GS Police na
skupie złomu. W lochach tych mieściło się dowództwo obrony
Szczecina .Lochy były puste, miejsce po agregacie
prądotwórczym puste ,tak jak i sale po nadajnikach radiowych. Wieża
drewniana górująca nad lasem jeszcze stała. Wszędzie pełno kabli.
W tych bunkrach wojsko nie spało, obok były drewniane baraki,niektóre
kryte strzechą. Jeden z tych baraków rozebraliśmy i ustawiliśmy u nas
w ogrodzie na Osiedleńczej. Baraki były nowe,składane i skręcane,łatwe
w montażu. To wszystko wkrótce spłonęło. Jeszcze w 1947 r. chłopi
zdzierali słomę z dachów na ściółkę, a potem ktoś podpalał wszystko, co
było palne. Lochy ,w których nie byłem, znajdowały się zaraz za torami.
Strach było tam wchodzić ,bo były zaminowane. Bomby lotnicze leżały
u wejścia, niektóre wysadzono i wejście było częściowo zasypane. Do
tych lochów prowadziły tory kolejki na wózki wywrotki. Nad tymi
lochami stały reflektory przeciwlotnicze.
Po naszej stronie toru leżał trup niemieckiego żołnierza, nigdy nie po-
grzebany. Jeszcze w 1949 r. leżał hełm z czaszką w środku ,a płaszcz za-

67

rosła trawa. Te kości leżą tam chyba po dzień dzisiejszy.
Pomiędzy stawem a torem kolejowym była mała łączka, do której
zaczęli zgłaszać pretensje Woźniakowie po sprowadzeniu się do wolnego budynku, tego najbliżej toru. Na tej niwce rosło duże drzewo.
Do niego została uwiązana lina stalowa,a drugi koniec do korzeni
innego drzewa, w ten sposób można było zjeżdżać po linie prawie
pięćdziesiąt metrów.
Linkę ukradliśmy od dźwigu na kolei. Zabawa była na kilka miesięcy.
Staw ten był dla nas ośrodkiem zabaw każdego rodzaju. Łódki ściąga-
liśmy nawet z Dąbia. Był też dwu łodziowy pojazd na pedały. Kąpiel
była przez trzy lata. Nikt nie zważał na brudną wodę. Pływały tam
ryby,raki i my razem z nimi. Na tym stawie puszczano tratwy z
płonącym ogniskiem w noc Kupały. Staw był niby naszą własnością i
przypisany do naszego budynku. Chociaż takie samo prawo mogli rościć
Januszewscy i Tomek. My jednak prawie o rok byliśmy wcześniej i stąd
ta pewność naszej racji. Z budynku tego wyprowadziliśmy się na
Batalionów Chłopskich. Tam było więcej izb i budynków, ogrodu i
placu. Była nawet własna bocznica kolejowa. Ojciec człowiek światły
przeczuwał, że kiedyś chyba szlag trafi Stalina i jego żydowską
organizację. Nie dożył tego dnia. Czekać należało pięćdziesiąt lat. W
międzyczasie szlag trafił bocznicę i część działki. W garści została
słoma i plewy.
Największy łup „Szafy”pochodził z rabunku dokonanego w budynku
gminy .Po południu przed gminę zajechały trzy samochody ciężarowe.
Ostatnich Niemców wywożono za Odrę, przeważnie tych, co nie zdążyli
wycofać się z armią. Niemcy, przeważnie kobiety i kilku starszych męż-
czyzn zostało wyładowanych przed budynkiem gminy. Pochodzili znad

68

jeziora, byli chyba rybakami. Wszyscy byli dostatnio ubrani. Worków
i walizek dwa pełne samochody, na trzecim ludzie. Następnego dnia mieli być odtransportowani za Odrę. Tak też się stało, pojechali rano
,tylko bez bagażu. Niemców obrobił „Szafa” z nożem w ręku, kazał
oddać wszystko co na sobie mieli wartościowego albo urżnie łeb.
Sprzeciwu nie było.
Zresztą „Szafa”nie był sam. Udział brał facet, wspólnik ojca od bimbru,
Mietek Januszewski, Geniek oraz ktoś z gminy.
W zakładzie fryzjerskim Mietka strzygłem się i ja, Marek Zakrzewski
i wszyscy inni mieszkańcy,aż do chwili,kiedy Mietkowi zabrano zakład
na spółdzielnię. Do tego zakładu stojącego prawie naprzeciwko budynku
gminy Mietek zatargał największe walizy z łupem rybaków. Geniek też
przytargał jakieś worki.
Ponieważ w Czanowie była jedna ulica przelotowa, to na niej usadowił
się posterunek MO. Przechwytywał on samotnie maszerujących Niem-
ców i w ten sposób utworzono lagier. Było tam około dziesięciu kobiet
z dziećmi i kilku mężczyzn. Byli wykorzystywani do prac dorywczych.
Tomek i ja prowadziliśmy wojnę z chłopakami w naszym wieku. Cięgi
były po obu stronach, bo tamci nie dawali się. Kiedyś nawet jeden z
nich rzucił półcegłówką i rozbił mi głowę; ja kiedyś próbowałem zabrać
mu narty,jednak on był lepszy i uciekł. Poważnych zatargów jednak nie
było,ot takie dziecięce swary.
Jedna z kobiet pracowała u nas w domu jako niewolnica, po polsku po-
moc domowa. Gminie chodziło o utrzymanie obozu, na który nie było
pieniędzy. Dwóch Niemców pracowało u ojca w elektrowni, którzy
później już sami zostawali do godziny 24.Ludność polska obchodziła się

69

grzecznie z nimi, nie ubliżała i nie szydziła z pokonanych.
Jak ruscy łowili ryby? Byłem akurat z Władkiem i Tomkiem nad rzeką
kolo zwalonego mostu kolejowego, kiedy podpłynął sowiecki holownik.
Rzucili ładunki trotylu, wyłapali kancerkiem ryby i odpłynęli.
Rozebraliśmy się z Władkiem i chlup do wody. Z doświadczenia
wiedzieliśmy,że największe ryby wypływają najpóźniej. Z daleka
zobaczyliśmy płetwy brzuszne. Władek złapał pierwszą rybę, nie
mniejszą od niego. Ja małą.
Było co nieść .Z początku wydawało się nam,że rybami należy się po-
dzielić, ale czym bliżej domu Władek coraz mniej mówił na ten temat.
Ryba jest niepodzielna.
Sami nigdy nic nie rzucaliśmy do wody celem głuszenia ryb. Amunicja
do tego się nie nadawała ,miny też, brak było spłonek, lontu i
doświadczenia. Pociski armatnie i miny leżały, tylko je brać, ale po co.
Najlepsze dla nas były granaty,tych jednak było jak na lekarstwo.
Nie zawsze wszystko układało się dobrze między sowietami a naszą
milicją. Pamiętam jak pod budynek gminy zajechał ruski czołg, dopomi-
nając się o swoje prawa. Na posterunku na schodkach pod drzwiami
stał milicjant z pepeszką, pan Jerzy Wieczorek. Nie ustąpił,choć lufa wie
życzki została w niego wycelowana. Trzeba tu nadmienić, że Rosjanie
dopuszczali się drobnych wykroczeń na osobach przebywających
w mieście i tylko karabin oraz szybka pomoc mogły ich powstrzymać.
Raz doszło do strzelaniny przy piekarni Pogodskiego. Tam stał stary bu-
dynek, a nim jadłodajnia prowadzona przez starsze kobiety zza Buga.
Byłem przy tym obecny. Komendant milicji, młody facet, blondynek
w stopniu kaprala miał dziwny zwyczaj zwracania się przez „wy”.

70

Uzbrojony był w rozpylacz, oddał salwę w powietrze, bo Rusek nie
chciał wyjść z gospody, a był pijany. Został on odprowadzony do swoich.
Dwóch Niemców uciekło w nocy. Byli to mężczyźni w wieku 40 lat.
Gmina miała z nich pomoc: zbierali i sortowali makulaturę i szmaty.
Podniosłem kiedyś jedną książkę z kupy leżącej w garażu i przejrzałem.
Była to książka medyczna. Wyrwałem z niej kolorowe rysunki
człowieka i jego narządów. Biblioteki domowe małych rodzin, zbierane
zapewne przez pokolenia , leżały teraz na kupie przeznaczonej na
przemiał.
Gdzie książki palą, wnet ludzi palić będą – znałem to powiedzenie brata
Janusza. Nieznajomość języka czyniła te książki zbędnymi. Jednak
powiedzenie diabelsko pasowało do porządków społecznych, jakie
zaprowadzono w Polsce. Niektóre książki z wyglądu były drogie i
stare,oprawne w skórę. Niemcy z głęboką zadumą zsypywali na kupę
całe tony, a było tego kilka samochodów. Na taką małą miejscowość, nie
chcę nikogo chwalić, było tego bardzo dużo.
W Zdrojach nie było takiego budynku,w którym bym nie był, nawet
w niektórych kilka razy. W ten sposób mogłem sobie wyrobić zdanie
o mieszkańcach tych budynków.
Starodawny trakt na Szczecin, to ulica Sanatoryjna. Przy tej ulicy było
kilka budynków tak starych, że mogły pamiętać czasy słowiańskie.
Widać to było w środku po ogromnym okapie nad kominem. Wszystko
wybudowane z cegły. Nie było tam płyty, tylko palenisko jakby kowal-
skie ,a jednak nie kowalskie, tylko taka forma do palenia ogniska. Takie
starodawne piece były tylko przy tej ulicy. Budynki nie różniły się ni-
czym od tych w Żbikowie. Przemysłu nie było więcej jak w Żbikowie,

71

tylko w domach było centralne ogrzewanie, czego w Żbikowie nie spo-
tykało się. Centralne ogrzewanie miało 50 % budynków. W wielu
domach były lodówki,czego w Żbikowie nie było. W kilku budynkach
były pompy wirnikowe i hydrofory, czego nie spotykało się u nas. Ale
wyraźne różnice były na polu kultury. Masa książek, pianina i
fortepiany,meble stylowe, kawiarnie i restauracje, domy kultury – tym
bito Żbików na łeb na szyję. W wielu mieszkaniach spotykało się
cybuchy do palenia tytoniu i innych. Te cybuchy były
fajansowe,porcelanowe o różnych kształtach, z pokrywką lub bez,o
ustnikach krótkich lub długich na metr. Nie zbierałem tego, uważając to
za rzeczy zbędne. Były domy bogate i biedne niektóre nawet biedniejsze
od mego. Mało było w domach kwiatów doniczkowych, prawie się ich
nie spotykało. W każdym jednak domu była masa butelek po winie i
oranżadzie. Jaki porządek mieli w mieszkaniach nie wiem, bo wszystko
leżało pokotem i należało długo składać np. łóżko,
aby je zabrać do siebie. Po płotach należy stwierdzić, że mieszkał tu lud
cywilizowany. Gdy Ruscy zamieszkali na Ogrodowej w Żbikowie zaczę
li od niszczenia płotów, które utrudniały poruszanie się między ulicami.
A więc płot w Rosji nie istniał. W żadnym domu nigdy nie znalazłem
krzyża z Chrystusem, bo bym go zabrał do domu. A to już jest uwaga
dość ważna i mówi o religii tego narodu. Słowian tu kiedyś zamieszka-
łych złamali za pomocą krzyża, a krzyża tego wyrzekli się. Dziwne są
poglądy ludzi i z biegiem wieków zmieniają się. Na pewno nie było tutaj
innych wyznań ,ani narodowości. W jednym domu chyba u lekarza zna-
lazłem książkę pełną zdjęć z Polski. Książka gruba na 100 stron,zawiera
ła zdjęcia z palącej się Warszawy w 1939 roku. Była napisana po francu-

72

sku. Wziąłem ją i poszedłem do babci Tomka. Pokazałem jej to. Ona zna
ła język francuski i tłumaczyła nam wszystkie zdjęcia. Na okładce był
orzeł polski i w ten sposób zwróciłem na nią uwagę. Książka ta została
u Tomka. Jego babcia nazywała się Hermanowska. Była kobietą
wykształconą i wiele nam opowiadała o dawnych czasach, które nie
były podobne do obecnych.
Słowiańska nazwa tej miejscowości to Sroczy Las. Tędy szła drużyna
Bolesława Krzywoustego na Szczecin. Ze wzgórza nad Zielonym Jezior
kiem obserwował swoją drużynę idącą wśród śniegów przez wody i rze-
kę na gród Szczecin. W tamtym czasie jeziorka jeszcze nie było,ale osa-
da rybacka już była. Pytany ojciec ,dlaczego miejscowości nadano
nazwę Czanowo, nie potrafił odpowiedzieć. Stacja kolejowa
ZABORSKO, później Szczecin-Zdrój (od 1948 r.). Na stacji w budce
był koks. Płoty były zaminowane. Po drugiej stronie była budka z
ujęciem wody, ale pompy nie było.
Kościół był tylko jeden. W nim Rosjanie skupili meble do wywózki.
.Jeszcze walki za Odrą , a już niewolnicy ładowali na wagony, co się
dało: zaczynano od materiałów budowlanych: deski, krokwie ,rury,
tregry,cement, bo cementownia była na ruchu, a więc najpierw
załadowano cement, maszyny i meble. Wystarczyło dwa tygodnie i były
pustki. Walki jeszcze trwały, gdy nadjechali Polacy i zastali zdeptane,
nie tylko pola,a wszystko co miało ludzki kształt. Jeżeli krzesło miało
ludzki kształt, bo kształt ten nadał mu człowiek, to należało jednym
kopnięciem złamać mu nogę i pozbawić tego kształtu. W tym tkwiła
różnica między człowiekiem a dziczą. Dzieło zniszczenia , jakie
zobaczył cywilizowany człowiek, straszyło ogromem zniszczeń i
nienawiścią wykonawcy.

73

Ojciec był tu stosunkowo późno, bo na początku czerwca , ale o tym ,co
tu się działo w pierwszym tygodniu, opowiadała mi pani Latanowicz,
schowana w piwnicy w swym domu w Klęskowie. Panie,takiego huku,
szumu i hałasu nie było podczas zdobywania miasta przez wojska ruskie
jak potem. Tu był Meksyk, kto chciał to gwałcił, kto chciał urzynał
głowę, a przedtem krzyczał:”dawaj czasy”.Nikt nie wiedział, co to
oznacza,ludzie drętwieli na sam widok obcego żołnierza. Po dwóch
dniach nadeszło inne wojsko i uspokoiło się. Jeżeli piekła mają taki
obraz,to rzeczywiście trzeba się starać iść do nieba.
Sam chodząc po piwnicach w jednej znalazłem wojskowy bagnet we
krwi i pierzu. Krew była też widoczna w innych piwnicach dzięki
pierzu, bo oblepiało się wszystko. Pani Latanowicz dość dobrze mówiła
po polsku, miała syna adoptowanego. Syn ten wraz z matką opowiadał
mi ,ale to mnie jakoś nie ruszało i nie zgadzało się z moimi
obserwacjami.
Pamiętałem posterunki ruskie wokół polskich koszar,widziałem stojące
pociągi z jeńcami niemieckimi o otwartych drzwiach. Na drugich torach
stały pociągi z przesiedleńcami niemieckimi, też z otwartymi wagonami.
Na stacji stali przez trzy dni, mogli się kontaktować. Jak to pogodzić z
wywózką Polaków z Pruszkowa w 1945 roku, którzy zaginęli i słuch o
nich zaginął. Dopiero, gdy po latach, niektórzy wrócili, to opowiedzieli
gdzie byli.
Pomny swej przysięgi żałowałem jeno, że to nie ja siałem postrach
wśród ludności niemieckiej i że to nie ja urzynałem im głowy. Miałem
rachunki i mam po dzień dzisiejszy, które nie są załatwione. Byłem i
jestem przekonany, że przeżyłem wojnę,nie dlatego,że nie chciano mnie
zabić,ale nie zdążono.

74

Ci ,co byli pod ruskim jarzmem,wyginęli wszyscy wraz
z ziemią, ci co byli pod niemieckim butem mieli zaginąć, tak aby śladu
po nich nie było, a więc spaleni w piecach. U Ruskich zostały groby po
kilka tysięcy jeden, a po Niemcach kości nie znajdziesz. Ludzi nie ma
i kości nie ma, to była technika.
Grupa teatralna pana Łabędowskiego zawsze śpiewała:
„Dobranoc, do jutra żegnamy,
A jutro spotkamy się,
W programie humorek wam damy,
Niech całe Czanowo to wie.”
Świat, który zaginął, to świat Czanowa w latach 1945-1948. Jak tam
pięknie.
Gdy weszło się drogą brukowaną na wzgórza, to doszło się do ogromnej
restauracji. Z tego miejsca jest panorama Odry i portu. Po drugiej stronie
sad morwowy, w tym sadzie leżała butla tlenowa , do niej strzelałem
z karabinu i dziurawiłem ją.
Pewnego dnia przez Czanowo Ruscy pędzili bydło na wschód. Strażni-
ków było dużo, nie udało się nic ukraść. Stada były ogromne,po kilka
tysięcy. Ciekawe, ile tych krów doszło do Rosji.
Zaczęła wycofywać się kawaleria. Jadą i jadą, końca nie widać. Wpada
do pustego sklepu wspólnik od bimbru : Chłopcze, szukaj pustych
flaszek,a żywo. Do tych flaszek na zapleczu z gąsiora 30 – litrowego
nalewano bimber. Pomagał Gieniek. Butelką pomachał stojąc przed
sklepem,trudno uwierzyć, ale kolumna zatrzymała się. Bez rozkazu. Ci,
co nie widzieli faceta z flaszką, zgłupieli.

75

Żołnierze weszli do sklepu,oparli się o pustą ladę. Wspólnik podał
flaszkę pierwszemu z brzegu, ten łyknął raz, przełknął, na twarzy
zauważyłem dziwny uśmiech: job mać – wykrztusił -skolko? Jego
koledzy nie patrzyli na flaszkę, ani na nas,patrzyli na pijącego. Po
skurczu jego twarzy zrozumieli ,że napój jest prawdziwy. Pró-
bując butelki już nie oddał, trzymał ją w zaciśniętej garści, aż kostki pal-
ców zbielały. Zapłacił i wyszedł. Co niesiesz?-zapytał jeden stojący w
kolejce. Ten nie odpowiedział. Ta tajemnica oznaczała tylko jedno.
Kolejka rosła. Stanęła cała dywizja. Geniek z kimś przytargał następny
gąsior, a potem następny. Pełno ich było po piwnicach. Przy sprzedaży
bimbru nie doszło do żadnych zamieszek. Nadjechała generalicja
zobaczyć,co się dzieje .Nie wydali żadnego rozkazu, stanęli na koniach i
palili machorkę. Kilka flaszek wspólnik podrzucił generałowi: Charaszo
zawołał chwytając za torbę. Tego dnia wysprzedano wszystkie zapasy
i zarobiono duże pieniądze. Poznałem to po wspólniku i ojcu, którzy
zgodnie kiwali głowami. Tak się żyło w tamtych czasach.
Prawdopodobnie wojsko sowieckie miało obiecane, że po zwycięstwie
każdy będzie mógł coś zabrać do domu.
Gdy sowieci opuszczali Zdroje doszło w kilku punktach do gwałtów.
Kiedy już byli załadowani na samochody, nadszedł rozkaz: Maszyny
stop, wszystko rozładować, bo kula w łeb! Żołnierze zapłakali. Jeden
zdesperowany zrzucił pianino na bruk. Jeden przyniósł cały worek zega-
rów ściennych szafkowych, szesnaście sztuk. Myślał,że obdaruje
młodsze rodzeństwo, a i dla Zoi, dziewczyny był jeden, myślał o starej
Ostapczukowej ,która w czas rewolucji zawsze pomagała.
Żołnierz mówił szybko i gwałtownie.

76

Matka stała na stopniach werandy i słuchała, słuchałem
i ja. Okazuje się, że ten żołnierz ukradkiem ocierający łzy, szedł tysiąc
kilometrów i nie spotkał domu ,bo wszystko było spalone. Głodno
i chłodno szło wojsko , by walczyć z faszystami ,a teraz? Spasiba – po-
dziękował za flaszkę i odszedł.
Jeden podjechał i zwalił meble stołowe,stylowy komplet .Drugi podje-
chał i zwalił traktor. Na podwórkach rozpalali ogniska i palili dobytek.
Po ich odjeździe, po kilku miesiącach szła cicha pogłoska niby złowiesz
czy pomruk, że nikt z nich nie wrócił do domu. Czy to prawda? Niech
oceni to historia.
Następnego dnia po wyjeździe sowietów obszedłem kilka domów,w któ-
rych kwaterowali. Chodziłem z wózkiem. Zebrałem około dwieście tale-
rzy. Razem ze mną chodził pan Roman. On chodził i szperał za czym in-
nym, ja za czym innym. Z traktorem, co stał pod naszym domem był kło
pot, bo jakiś PGR chciał go zabrać. Ojciec oddał go , ale za zapłatą.
Już jesienią 1945 r. nadeszła do gminy pomoc z Ameryki i nadchodziła
przez kilka lat. Ojciec dostał krowę, konia pan Januszewski,traktor
gmina,a paczki na kartki otrzymywali wszyscy. Ciągnik ten miał dwa
kółka z przodu, jedno przy drugim. W paczkach było wszystko:
cukierki, papierosy, zupy grochowe, fasolka,ryby, soki pomarańczowe i
cytrynowe.
Była to pierwsza żywność zdobywana na kartki, a nie kupowana od Rus
kich .Były to paczki z UNRA.
Chciałbym tutaj nadmienić, jakie panowały obyczaje .Otóż jeśli stało ja
kieś towarzystwo lub siedziało w przedziale czy w karczmie przy jed-
nym stoliku, to zawsze nawzajem częstowano się. Nikt nie zapalił papie-

77

rosa nie częstując uprzednio wszystkich. Nikt nie zjadł jabłka nie częstu-
jąc obecnych. Takie były zwyczaje. Jednak zmieniła je władza ludowa.
Po wymianie pieniędzy pewnej jesieni, bieda zajrzała ludziom w oczy.
Czy jednak bieda mogła zmienić tysiącletnie obyczaje? Nie, nie mogła.
Obyczaje te zmieniła władza złożona z ludzi obcej narodowości. Od
tego czasu przez czterdzieści lat sklepy były zawsze puste. Chleba
w 1949 r .brakowało przez kilka dni w miesiącu. Siedziałem kiedyś
autobusie i obserwowałem dwóch panów, rozmawiających ze sobą na
przystanku. Po chwili rozmowy jeden z nich wyciągnął paczkę papiero-
sów. Ciekawe, czy poczęstuje znajomka?- pomyślałem. Ten wyciągnął
sobie papierosa, paczkę schował do kieszeni. Tak, pomyślałem, czasy się zmieniają.
Był to rok 1950. Opisuję lata czterdzieste, lata szalone i krwawe, lata mo
jego dzieciństwa. W tych latach miałem skończyć podstawówkę i zrobić
maturę. Do szkoły nie chodziłem całe dziesięć lat. W 1948 r. poszedłem
do szkoły ogrodniczej. Dopiero po wyjściu z wojska w 1957 r. zapisałem się do szkoły w Dąbiu i ukończyłem ją.
Po szynach kolejowych transporty z maszynami, drewnem,skrzyniami
szły na wschód dzień w dzień przez kilka lat .Kiedyś taki transport za-
trzymał się w Zdrojach. Jak ruszył, nie kręciły się dwa koła. Strażnik na
tym wagonie, ruski żołnierz, nie wiedział co robić. Strelaj, bladź –
wołam do niego – bo koła się zetrą. Ten położył karabin, przechylił się
na dół,aby złapać za rączkę hamulca. Spadł z wagonu. Zaczął
krzyczeć,bo na końcu składu był następny strażnik. Pociąg jechał wolno,
ale nie stanął.
Zdarzały się jednak transporty,które szły na zachód. Były to transporty

78

z ludźmi. Jechały pod nadzorem. Tak jakoś dziwnie się składało, że nie -
które zatrzymywały się w Zdrojach. Był śnieg, gdy zatrzymał się pociąg.
Ja szedłem na skróty przez ogrody do domu na Lipowej przez podwórko
komendanta ,prosto na dom. Przy pociągu rozległy się strzały. Ze stacji
przez łączkę i nasze podwórko zwiewał człowiek z torbą w ręku. Wysko
czył z naszego podwórka i w ogrody na podwórko komendanta, gdzie
ja już byłem. Za nim cały czas biegło pięciu strażników kolejowych. Do
biegli do mnie i zapytali, dokąd zwiał złodziej, wskazałem drogę. Gdy
oddalili się, podszedłem do budy psa na podwórzu komendanta i wyciąg
nąłem torbę wrzuconą tam przez uciekającego opryszka. W tym momen-
cie z domu wyszedł komendant milicji. Powiedziałem mu, co się stało
i pokazałem torbę. W tej torbie była wśród innych rupieci torebka
damska. Z tej torebki pan Juchniewicz wyciągnął trochę łańcuszków,
a resztę oddał mnie. Strażnicy nie wracali. Torbę zaniosłem do domu.
Jedno mnie dziwiło, skąd opryszek znał opłotki i tak sprawnie uciekał.
Był co prawda śnieg i nasze ślady, ale te ślady krzyżowały się, łatwo
było krążyć w koło, a ten najlepszym szlakiem oddalał się od ogarów.
Musiał on być z bandy „Szafy”, którego nie znałem. Na tej stacji kiedyś
ludzie wyskoczyli. aby się załatwić i kilka osób wyleciało w powietrze.
Sam peron był wolny od min, ale parkan był zaminowany, kto podszedł
do sztachet i nadepnął, to ginął. Były tablice „Uwaga,miny!”, jednak
biedni ludzie, przyparci potrzebą śpieszyli się i nie zauważali tablicy. Na
te pociągi napadały bandy. Bandy te musiały być umówione z
maszynistą. Na postojach do wagonów wpadali opryszki, zabierali co się
dało. Przesiedleńcy wywożeni byli w wagonach towarowych krytych i
na lorach, a także w pulmanach.

79

Bandy po napadzie zbierały się w krzakach na wzgórzu.
Szedłem kiedyś betonową drogą pod górę do Zielonego ,patrzę na prawo
a tam siedzi pięciu i dzieli łupy. Jeden trzymał właśnie prześcieradła
w ręce i rozdzielał na kupki. Gdy ich zauważyłem , przyśpieszyłem kro-
ku, aby zwiać. Po tych ludziach można było się wszystkiego spodziewać.
Na tej stacji złożona została konstrukcja mostu stalowego, otrzymanego
z Anglii. Ustawiono z tego pierwszy most kolejowy, stojący po dzień dzi
siejszy. Te żelazne tregry leżały, a my na nich urządzaliśmy zabawy.
W tregrach tych pełno było nawierconych dziur. Wszystkie były farbą
ponumerowane. Z jednego z dźwigów ukradliśmy linkę stalową, bo była
nam potrzebna. Zrobiłem to ja , Tomek i Władek.
Zaraz przy stacji kolejowej stał drewniany dom kryty strzechą. Nikt nie
uwierzy, ale ten dom przetrwał wojnę, nie został spalony. My chłopaki
rozebraliśmy go na opał. Z drewna budowaliśmy tratwy do pływania na
stawie. Na tych tratwach paliliśmy ognie w noc Kupały. Pomału zostały
tylko kamienne fundamenty, na których dziś ktoś postawił dom.
Na taką tratwę z Tomkiem wturlałem beczkę jakiegoś smaru. Po zapa-
leniu szedł czarny dym prosto w górę, taki że ludzie ze zdziwieniem
stawali na drodze pytając ,co to się tak pali. Sami nie wiedzieliśmy.
Były z nas dobre urwisy,lecz na pewno inni niż pozostali. Ja,Tomek,Wła
dek,Tadek,Wiesiek Włodarczyk mieliśmy okazję życiową podpalić kil-
ka domów dla zabawy albo przez nieuwagę. Tego jednak nie robiliśmy.
Nasze geny nam na to nie pozwalały. Dlatego to nie przypadek, że ogni-
ska były palone na wodzie. Aby rozpalić ognisko harcerskie i ugotować
sobie strawę popłynęliśmy z Wieśkiem na wyspę.

80

Nikt z nas nie palił papierosów,nawet młodzież starsza jak Geniek i Ro-
mek. Z kobiet w Zdrojach paliła skręty tylko jedna starsza kobieta ,która
nieraz zachodziła do mamy na pogawędkę. Dziś w 1995 r., gdy zobaczę
na ulicy publicznie palące kobiety, wszystko się we mnie łamie.
Tysiącletni dorobek kulturalny naszych dziadów i ojców przepadł.
Duży wpływ, jakby nie było, miała na nas babka Tomka i pan Łabędow-
ski ze swoim teatrem i patriotycznymi skeczami granymi na scenie.
Co niedziela było jakieś przedstawienie. Śpiewano:”Boże,coś Polskę”,
„Warszawiankę”,”Czerwone maki”,”Powstań Polsko,zrzuć kajdany”,
wiązanki kujawiaków,”Oj chmielu,oj niebożę, niech ci Pan Bóg
dopomoże”. Był duch w narodzie. Ojciec mój w 1957 r. po dojściu do
władzy Gomułki powiedział: Wszyscy tak ładnie gadają, ale ducha w
narodzie nie ma. Ja miałem nieszczęście żyć w czasie wojny, ale miałem
też szczęście łyknąć trochę manier przedwojennych i to wystarczyło na całe życie.
Kilka miesięcy temu byłem na pogrzebie brata Józefa. To już czwarty.
Cześć,Wiesiek – zawołał jakiś gość, podając rękę. Spojrzałem, patrzyły
na mnie chłopięce oczy Władka. Nie widzieliśmy się czterdzieści dwa
lata. On mnie rozpoznał po podobieństwie do braci, wśród których obra-
cał się. Przyglądałem się chwilę starszemu panu, szukałem pod maską
czasu podobizny dawnego Władka. Była, kształt czoła i oczy. To był
Władek. Uściskaliśmy się. Władek był dobrym kolegą. Miał siostry
Krystynę i Henrykę oraz brata Mietka, fryzjera. Mietek był w Zdrojach
od samego początku. Rodzina ta zajęła budynek obok nas, a w latach
późniejszych wybudowała ogrodnictwo. Ich ojciec swego czasu został
poturbowany przez byka. Mietek był fryzjerem, a Władek tak jak ja
włóczykijem.

81

Rodzina Błaszkowskich zamieszkała na początku na ulicy Osiedleńczej
Było tam kilkoro dzieci. Dziewczyna Krysia, moja rówieśniczka,zmarła
na zapalenie płuc. Jej matka poszła do pana Włodarczyka, aby zrobił
zdjęcie trumny. Ten jednak odmówił, bo nie miał kliszy. Posiadać kliszę
w tamtych latach , było trudno. Jej starszy brat Franek poszedł do pracy
w żegludze. Pływał na holowniku po Odrze.
Władek był jednym z tych, co strzelali z mojego karabinu. Był dobrym
piłkarzem . Boisko sportowe było przy ulicy obok szkoły ogrodniczej,
tuż przy Odrze. Kiedyś stała nad samą wodą wielka restauracja z dużą salą widowiskową i muszlą koncertową, na którą można było spoglądać
z boiska sportowego. Wszystko diabli wzięli. Obok tej sali był mały ka-
nał portowy. W tym kanale pełno było bierwion sosnowych, długości
ok.20 metrów, okorowanych,leżały bezwładnie częściowo w wodzie,
częściowo na brzegu, nieraz jedno na drugim. Między tymi drągami
w wodzie pływały trupy, a wśród turzyc pełzały węże. Była tam zatopio-
na duża łódź rybacka, którą w mojej obecności wyciągnęli rybacy z
Podjuch. Drągami usunęli bierwiona, a następnie podpłynęli swoją
łodzią i bosakiem podnieśli dziób zatopionej łodzi. Następnie jeden z
nich wiadrem wylewał wodę. Zeszło im na tym cały dzień. Nas taka
łódź nie interesowała, bo nie wolno było łodzi posiadać. Ja z Tomkiem
wybraliśmy się wytępić węże na tym kanale. Tomek miał szablę, a ja
siekierę.
W butach gumowych łaziliśmy pół dnia. Węże były takie sprytne,że To-
mek nie nadążał machać szablą. Zawsze zdążyły nam zwiać. Było
niewygodnie, bo turzyce tworzyły kępy, o które przewracaliśmy się.
Łaziliśmy po tych bierwionach i zaglądaliśmy do wody szukając na dnie

82

jakiejś motorówki. W to miejsce najczęściej przychodził Marek i długo
siedział. Zapytany, po co tutaj siedzi, odpowiadał, że chce spotkać
przewoźnika i na tym rozmowa się kończyła. Marek był harcerzem w
stopniu ćwika .Pomagał nam w drużynie. Władek też był w naszej
drużynie. Ładnie śpiewał piosenki harcerskie, takie których my nie
znaliśmy, np.”Płonie ognisko i szumią knieje”.
Był lepiej zorientowany od nas. Wśród ludzi przebywał o rok dłużej od
nas. W wystawianych jasełkach miał śpiewającą rolę i potrafił służyć
do mszy. Gdy ja chodziłem do szkoły ogrodniczej, to Władek
podchodził i podrywał dziewczyny. Dziewczynom podobał się.
Ja wałęsałem się nie tylko po Zdrojach. Pewnego razu wybrałem się uli-
cą Chłopską pod most autostrady, prosto do lasu bukowego. Droga była
brukowana. Po lewej stronie napotkałem trzy dęby, wysokie, wysmukłe,
proste o grubym pniu. Jeszcze nie mając żadnego przygotowania bota-
nicznego oceniłem ich wiek na 350 lat. Stanąłem i podziwiałem. Za tymi
dębami była leśniczówka, powiązana z domem wypoczynkowym. Było
tam małe jeziorko z drewnianym półkolistym mostkiem. W murach tych
zabudowań znalazłem pancerfausta,zabrałem go do domu, a Geniek
strzelił z niego w zerwany most, ten kolejowy, tuż pod wodą. Nastąpił
straszliwy wybuch, ale ryb nie było, bo za płytko nastąpiła eksplozja.
Leżała tam drewniana skrzynka wypełniona trotylem z otworem na
spłonkę. Była jednak za ciężka i nie zabrałem jej.
Ta kawiarenka to była oaza spokoju, cisza, pustka i tylko świergot ptaków.
Nie była spalona, a była tego przyczyna. Otóż kilka razy pojechałem po
mleko do Klęskowa, w okolice ulicy Mącznej, tam był folwark.

83

W jednej z obór spotkałem polskie wojsko. Dotychczas nigdzie nie widziałem w tych stronach naszego munduru.
Wojsko doiło krowy. Po kilku dniach zapytałem sierżanta, co tu robią?
Tędy szliśmy na Odrę, Ruski szli na Dąbie i Zdroje, aby odepchnąć nas
od dużego miasta Szczecina, bo tam większe łupy, a my na Klęskowo,
Kołowo, Binowo do Radziszewa, po lewej stronie autostrady aż do
Odry. Dlatego nie obrobiona została fabryka włókien sztucznych,
dlatego kilka krów ocalało w tym folwarku, dlatego mniej zniszczeń jest
na tym szlaku. Po latach zauważyłem,że wszystko się zgadzało. Nie
został spalony pałac, w którym dzisiaj jest dom dziecka.
Wiosną na tym folwarku ojciec obsługiwał młocarnię i silnik spalinowy.
Ja jako dzieciak robiłem fikołki na słomie, co ojcu, o dziwo,podobało się.
Były tam ładne budynki, podobne do koszarowych, ale całego gospodar-
stwa nie obszedłem.
Na samym początku Mącznej był budynek,do którego chodziłem na
kurs. Później była tam szkoła. W tej szkole nauczycielka miała syna i
córkę. Syn udzielał mi lekcji i przygotowywał do szkoły średniej. Miał
chyba ze mną ogromne kłopoty. Córka razem ze mną chodziła do
gimnazjum. Pamiętam ją ze względu na ładne rysunki. Za lekcje ojciec
zapłacił klaserami znaczków pocztowych, których miałem cały stos.
Karabin wojskowy nie był jedyną bronią, jaką posiadałem. Na
podwórku u Reduchy znalazłem dwururkę małokalibrową. Sama lufa bez kolby.
Jedna lufa była gwintowana, druga gładka. Kolbę zamontowałem od du-
beltówki. Wiedziałem, gdzie leży,więc poszedłem i przyniosłem.
Pasowała, a była prawie nowa. Małe przeróbki należało jednak
wykonać. Do tej dostałem od Tadka jeden nabój śrutowy. Do lufy
gwintowanej łatwiej było zdobyć naboje.

84

Tę dubeltówkę sprzedałem Jackowi z Dąbia. Jacek to kolega Lucjana ze
szkoły. Ja znałem go z obozu harcerskiego w Jezierzycach. Zażądałem
1.500 zł, miał przy sobie 800 i za tyle mu dałem strzelbę, więcej nie
przyniósł. Miałem jeszcze wiatrówkę prawie nową, zginęła
ona z domu w okolicznościach do dzisiaj niewyjaśnionych.
Wiatrówkę miał i Wiesiek Włodarczyk, ale jego była cała niklowana.
Gdy wybraliśmy się na wyspę, na biwak, mieliśmy ze sobą wiatrówki.
Tę jego wiatrówkę ostatni raz widziałem na samochodzie ciężarowym.
Gdy pełnomocnik rządu wyprowadzał się, to cały dobytek tak ciężko
przez Włodarczyków uzbierany, został wywieziony. To była nowa spra-
wiedliwość.
Chętnie szperałem po czołgach. Trzy ruskie stały pod nasypem kolejo-
wym. Razem z tymi na dzisiejszym osiedlu Słonecznym było ich
siedem. Wlazłem do tego bliżej papierni i koniecznie chciałem wykręcić
pryzmaty z wieżyczki. Nie miałem żadnych narzędzi, a potrzebny był
mocny śrubokręt. Wyklepałem kawałek płaskownika, ale wyginał się. W
takim czołgu szukałem też broni krótkiej. Na wypalonych metalowych
siedzeniach leżały tylko kupki popiołu po spalonych ludziach. Żar w
środku musiał być tak wielki, że stopione zostały niektóre części
metalowe. Broni żadnej nie znalazłem. Te czołgi w latach późniejszych
zostały pocięte na złom. Przyglądałem się raz, żeby zobaczyć,czy można
przeciąć dziesięciocentymetrową płytę. Spawaczowi szło to tak, jakby
przecinał plaster miodu.
W szkole podstawowej, która ocalała z pożogi wojennej,
zmagazynowane zostały maszyny i sprzęt z wojskowej szkoły lotniczej.

85

Wszystkie sale zawalone były silnikami lotniczymi, aparaturą
pokładową, były też plansze i makiety. Stąd Janusz czerpał urządzenia.
Geniek upodobał sobie silnik motocyklowy na wózeczku.
Na tej szkole na dachu zamontowana była syrena alarmowa na prąd.
Zabrała ją milicja. W szkole tej było centralne ogrzewanie. Nam były
potrzebne kaloryfery. Jednak nic z tego nie nadawało się do użytku. Nie
spuszczono wody i wszystko popękało. Były tu też łaźnie z natryskami,
urządzenia , jakich nie widziałem w żadnej szkole w Pruszkowie. Tutaj
postęp techniczny widoczny był w wielu domach, wyposażonych w ko-
siarki do trawy, ogrodnicze opryskiwacze plecakowe, domowe sikawki
do gaszenia pożaru, itp. Kiedy wybuchł pożar u Tokarków- paliła się
komórka, w której była krowa- naściągano tych sikawek i gaszono nimi
ogień. W taką sikawkę wchodziło wiadro wody. Ludzi było trochę, bo
każdy chciał pomóc. Jedną brygadę nadzorował ojciec, a drugą pan
Włodarczyk. Ktoś podszedł do Włodarczyka i pyta: Da pan radę ugasić
tę komórkę? Dałbym, ale Kępiński wziął prawie wszystkie sikawki. Jak
to wziął, pomyślałem. To są sikawki przyniesione przez nas. Gdy sobie
przypominam tę wypowiedź Włodarczyka, myślę, że stosunki między
nimi nie były najlepsze, albo Włodarczyk był złym człowiekiem. Tyle
razy razem popijali, wspomagali się, handlowali ze sobą,a tu
masz,podsłuchana taka wypowiedź.
Krowa była tak spalona, że nic nie nadawało się do jedzenia. Ten
gospodarz sprowadził się miesiąc wcześniej. Pogłoska szła, że to jego
dzieci podpaliły podczas zabawy.
Zimą, gdy lód skuł rzekę ,ja, Tomek, Wiesiek i Romek przeszliśmy
rzekę koło zwalonego mostu kolejowego.

86

Po nasypie kolejowym doszliśmy do następnego mostu. Też był
zwalony. Przeszliśmy martwą wodę na Brynecki Ostrów. Tu stał
uwięziony pociąg pancerny z artylerią przeciwlotniczą na wagonach,
długie lufy, osłony dla załogi. Ta bateria współdziałałaz reflektorami na
wzgórzu w Zdrojach. Można było załadować i strzelać.
Myśmy tu byli pierwsi. Pozostawiony przez załogę porządek o tym
świadczył. Strzelać z armat nikt z nas nie potrafił. W dodatku Tomek od-
radzał. Proch do tych armat był inny niż w pociskach dotychczas przez
nas rozbieranych. Był to żółty proszek podobny do siarki .Romek poło-
żył na szynie kolejowej trochę prochu i uderzył żelazem. Wybuchu nie
było, wszystko było wilgotne. Armat było pięćdziesiąt i kilka wagonów
obsługi. Parowozu nie było. Szukaliśmy rzeczy, które można byłoby za-
brać. Oprócz amunicji i stosu skrzynek nie było nic. W wyposażeniu
armat nie było lunet, widocznie były zbędne. Dalej był trzeci zwalony
most, więc zawróciliśmy. Po tych wyspach chodzenie było utrudnione.
Pełno było zasieków z drutu kolczastego. Na skróty nie poszliśmy, wra-
liśmy nasypem kolejowym do zwalonych mostów. Zszedł nam na tej
włóczędze prawie cały dzień. Chcieliśmy się dostać do Szczecina i do-
szlibyśmy, gdyby nie ta artyleria. Ona nas zatrzymała. Romek,najstarszy
z nas powiedział: Jak mostów nie odbudują, to te armaty będą stać, aż je
rdza pokona. Patrząc ze wzgórz w Zdrojach po tych terenach, nigdy nie
zauważyliśmy tego pociągu i gdyby nie nasza wyprawa,to skąd byśmy o
nim wiedzieli.
Prawdę mówiąc, nie było miejsca, gdzie byśmy nie byli. Nie tylko
ludzie wałęsali się wszędzie. Po rozbitych dachach chodziły kozy,w
domach leżakowały zające i króliki, psów nie było,ale zdziczałych

87

kotów nie brakowało. Milicja strzelała do nich.
Swego czasu obszedłem koszary w Podjuchach. Nadawały się do
zasiedlenia,nie było tam specjalnych zniszczeń. Zadziwiły mnie
ogromne garaże i wrota do nich. To chyba były garaże dla czołgów.
Koszary te po dzień dzisiejszy są zamieszkałe. Później byłem tam
kilkakrotnie u znajomych żołnierzy.
Jeszcze nie było mostów do Szczecina, gdy saperzy zaczęli pewnej zimy
rozbijać trotylem lód. Cała dzieciarnia im towarzyszyła, bo tam gdzie są
wybuchy, tam jest i ryba. Niektórzy byli z siekierami, bo ogłuszona ryba
zatrzymywała się pod lodem. Przez lód było widać rybę, więc jeden z
naszych rąbie przerębel, wsadza rękę i łapie rybę za ogon: O Jezu,ale
ryba- woła i ciągnie ją do góry. Rzeczywiście, ryba ma z osiem kilo, ale
takiej dużej ryby nigdy nie widziałem. Co to za ryba?- pytam. Chyba
leszcz- ktoś odpowiada.
Można było się utopić. Tafla lodu falowała od wybuchu. Skorupa robiła
się krucha. Na to nikt nie zważał, każdy z workiem i bosakiem wypatry-
wał pod krą ryb. Nie pamiętam, aby w tamtych czasach pokazała się nad
wodą mewa. Nie wiedziałem, jak wygląda mewa, do czasu, aż
pojechałem nad morze. Teraz widzę mewy latem i zimą daleko od morza.
Po raz pierwszy w życiu byłem nad morzem w 1949 r. Kąpałem się
w maju w lodowatej wodzie. Woda była słona i czysta jak
kryształ. Kiedy byłem nad morzem w latach siedemdziesiątych w
wodzie wisiała kłaczkowata zawiesina. Jak można się tu kąpać? Tylko
barbarzyńcy mogli tak zanieczyścić wodę.

88

Przy tym pierwszym zwalonym moście było nadbrzeże przystosowane
do cumowania barek. Tu często kąpaliśmy się i tu utonął chłopak. Dał
nurka ,zaplątał się w składane metalowe krzesło i nie wypłynął. Komen-
dant posterunku z ludźmi długimi bosakami macali, aż go znaleźli i wy-
ciagnęli. Przy wypadku nie byłem, dopiero przyszedłem, kiedy go wraz
z krzesłem wyciągnęli. Pytałem chłopaków, czy nie mogli mu pomóc?
Nie, bo wcale nie wypłynął.
Z tego miejsca dopłynąć w górę rzeki, do restauracji na Harcerskiej ,nie
było łatwo. Cały czas pod prąd. Była tam też maleńka plaża i miejsce do
kąpieli. Odległość nie większa niż kilometr, a płynęło się godzinę, albo
i dłużej. Najlepiej było dopłynąć do barki, wejść na pokład, pogadać
z szyprem i wyskoczyć przy restauracji. Z powrotem z prądem płynęło
się pierwsza klasa. Można było leżeć na grzbiecie ,a woda sama niosła.
Woda była czysta. W tamtych latach nie wiedzieliśmy, co znaczy brudna
woda w rzece, było to pojęcie obce nam. Zawsze było widać płynącą lub
stojącą w zaroślach rybę. Po tym określało się zarybienie rzeki. O,tu jest
rybna rzeka – mówił każdy. Pojęcia te później zaginęły.
Wjazd do Szczecina był z Podjuch po moście pontonowym, ustawionym
na barkach rzecznych. W ten sposób Polacy uratowali kilka barek przed
wyprowadzeniem do Rosji. Most kolejowy zbudowano drewniany. Stały
na nim beczki z wodą. Woda w beczkach falowała, gdy pociąg wolno
przejeżdżał. Pociągi były pełne, jechało się na stopniach, na dachu,na
buforach.
Mama, Lucjan i ja woziliśmy na jarmark rabarbar. Targowisko było przy
placu Tobruckim, tuż przy dworcu. Rabarbar było gdzie rwać. Plantacja

89

była zaraz za mostem kolejowym, po lewej stronie drogi do Klęskowa.
Plantacja nawożona była obornikiem. Łodygi rabarbaru były grube jak
ręka. Druga plantacja była za autostradą na Chłopskiej, też po lewej
stronie. W Klęskowie była też plantacja szparagów, korzystał z niej pan
Walczak. Trudno mi ocenić, jaki zarobek z tego handlu miała matka. W
każdym razie z rabarbarem jechaliśmy z pięć razy. Innych warzyw nie
było.
W Zdrojach było dwanaście dużych ogrodnictw, ale po wojnie czynne
było tylko jedno, pana Walczaka, później pana Osowicza , a jeszcze póź-
niej szkoły ogrodniczej. Pierwszym dyrektorem szkoły był pan Tkaczyk.
On przyjmował mnie do szkoły. Następny był pan dr Szulczyński, wspa-
niały człowiek i dobry pedagog. Miał lat około sześćdziesięciu lat.
Wykłady prowadził na siedząco, a my półkolem wokół niego. Pamiętam
po dziś dzień naukę o Mickiewiczu. Recytował całe ustępy, resztę
streszczał.
Wiedzą swą mnie oczarował, chociaż w sprawach dyscypliny młodzież
go nie lubiła. Nasze hultajskie nałogi i chęć do samowoli nie chciały
podporządkować się starym nawykom profesora. Kiedyś zaprowadził
nas do pałacu właściciela cementowni. Na środku ogromnej sali balowej
leżał żyrandol. Był tak duży, że wszyscy usiedliśmy na nim, a profesor
siedząc w środku, opowiadał historię pałacu i właścicieli. Opowiadał
również o loży masońskiej i posągu Mojżesza, który stał we wnęce.
Były to piękne historie, cofające nas w lata Polski przedrozbiorowej.
Słuchając, dziwiłem się, skąd zna te dzieje pan dyrektor. Później w
szkołach nie spotykałem ludzi o tak wielkiej wiedzy. Sam rządził, sam
pisał kwity i prowadził księgowość, aż się pogubił i musiał odejść. To on
zorganizował nam wycieczkę statkiem do Międzyzdrojów. Ten filozof

90

i myśliciel wiedział, że mamy złamaną karierę i dziwił się, dlaczego wo-
limy skakać przy patefonie, zamiast nadrabiać stracone lata nauki.
Nieraz krzyczał , a był to człowiek łagodnego usposobienia, lecz starych
dobrych zasad. Nas rozpuszczała organizacja ZMP, która nie kazała
nikogo słuchać, a raczej donosić na przedwojennych nauczycieli. Tak
zaczynało się ogłupianie młodzieży i rozwadnianie umysłów. Wycieczka
nad morze była udana ,tylko rejs statkiem trochę nudny, prawie cztery
godziny w jedną stronę. Marian miał swoją malutką harmonię i cały
czas grał nam tanga.
Były to melodia grane tylko przez niego, bo już nadchodziły czasy, że
nic innego niż pieśń kołchozowa, nie usłyszałeś . Razu pewnego w
radiu Rusek z chóru Aleksandrowa śpiewał łamaną polszczyzną
„Czerwone jabłuszko”, oklaski w radiu były ogromne, a pan dyrektor
jakby sam do siebie lub do swojej żony powiedział: Niedługo opanują
nas całkowicie.
Nie opanują nas- mówię- jeszcze jesteśmy my , a potem nasze wnuki.
Wycofałem się po tym powiedzeniu w kąt. Jednak pamiętam zabawę
w berka podczas przerwy. Uciekałem przed kimś i w tłoku nie zauważy-
łem dyrektora, uderzyłem go głową w brzuch. Ten odsunął mnie delikat-
nie , a przy okazji jakoś dziwnie pogłaskał mnie po głowie. Młodzież
nie kryła swej niechęci do Rosji. Na zebraniu ZMP Mietek Knapik po-
wołał się na Związek Radziecki,na co powiedziała Ala Kos: Tu jest Pol-
ska, a nie Rosja i proszę nie podawać takich przykładów. Ludzie dopiero
po latach zauważyli, że na komunie można zrobić dobry interes i masowo wstępowali do PPR.
Najlepszym moim kolegą był Benedykt Piekarski. On ukończył szkołę
i zrobił maturę.

91

Cała szkoła wypędzona została do poszukiwania nieznanego owada -
stonki. Owad to niebezpieczny, bo z samolotu zrzucony przez Ameryka-
nów. Pól uprawnych w Zdrojach nie było, należało udać się do
Klęskowa. Kawał drogi. Stonkę na kartoflisku znalazła nasza klasa. Pola
tego pilnowałem z Benedyktem przez trzy dni .Miała przyjechać
komisja z województwa. Bo było to wydarzenie większe niż odkrycie
Ameryki. Nikt nie przyjechał. Leżąc na trawie z Benkiem , z daleka od
klasy i lekcji, czułem się zadowolony. Nie byłem zainteresowany
lekcjami. Śpiewaliśmy:
„Czerwony pas,za pasem broń
i topór,co błyszczy z dala.”
Melodia ta doprowadzała do białej gorączki każdego” czerwonego zbo-
czeńca”. Była to melodia zakazana. W szkole za dobrych czasów nasz
chór śpiewał: ”Na pokładzie Zawiszy,życie płynie jak w bajce”,”Jeszcze
jeden mazur dzisiaj,choć poranek świta”,”Morze,nasze morze,będziem
ciebie wiernie strzec”.”Santa Lucia”- to śpiewał Andrzej Radwański.
Cała klasa miała swoje melodie, do których na harmonii przygrywał Marian.
Gdyśmy jechali pociągiem na Targi Poznańskie, to dziewczęta całą
drogę śpiewały. Śpiewały nie same, od razu włączyli się wszyscy pasażerowie.
Na tych Targach wprawne oko mogło zauważyć, czyje to są targi. Naj-
większy pawilon był sowiecki, przy każdej maszynie stał instruktor,go-
tów do udzielania objaśnień. Przy amerykańskim samochodzie osobo-
wym nie było nikogo, a samochód był zakurzony i brudny. Samochód był nowoczesny i ładny.
Z Poznania do Dąbia wróciliśmy rano. Było widno, każdy choć zmęczo-
ny był zadowolony. Była to wycieczka przecież. Od Dąbia aż do samej

92

szkoły cały czas były śpiewy. Nikt jednak nie zaczynał piosenek sowie-
ckich, a takie były już znane,np.:”Ciężki kłos się do ziemi ugina, kołchozowa w nim nurza się pieśń”.
W wakacje wysłany zostałem na kurs sportowy do Kurnędza koło Sule-
jowa. Tam dopiero śpiewano ruskie piosenki! Nazwa była „kurs sporto-
wy”, ale sportu było mało. Były sześciogodzinne wykłady polityczne.
Był to znak czasu .Nikt nie chciał słuchać bredni i nieznanych głupot.
Według nas była to polityka, a młodzież tamtych lat stroniła od polityki.
Wszyscy zaczęli narzekać, że zostaliśmy oszukani. Czasu wolnego na
sprawy osobiste nie było. Doszło do buntu. Młodzi komuniści szybko
uporali się z krnąbrnymi. Kilka osób zostało usuniętych, resztę
zastraszono. Nikt, oprócz moich rówieśników, nie zdaje sobie sprawy z
tego,czym był ZMP. Organizacja ta miała silne płatne struktury
powiatowe i wojewódzkie. W szkołach rządziła wszechwładnie. Od
opinii ZMP zależało stypendium, matura. Każdy nauczyciel został z
miejsca zwolniony za najdrobniejsze uchybienie. Wystarczyło
powiedzieć, że sowieci wjechali do jego wioski na amerykańskich
samochodach. To też w szybkim tempie ubywało starych
przedwojennych nauczycieli. Przychodzili młodzi, prawdę mówiąc
słabeusze.
Należy wspomnieć starszego pana,który przyjechał z sowietów.
Pomagałem przy przeprowadzce z dworca kolejowego w Dąbiu do
szkoły ogrodniczej. Był to pan Leszner. Prowadził lekcje historii, a
wiedza jego okazała się większa niż przypuszczaliśmy. Był to człowiek-
dusza, dobrotliwy, wielki przyjaciel młodzieży. Miał sześć córek. W
latach późniejszych spotkałem go ponownie, znowu jako uczeń. Robiłem maturę w Dąbiu. Wyszło na to,że znamy się od dziesięciu lat

93

i często były między nami pogaduszki. Opowiadał mi niektóre
przeżycia z lat rewolucji w Rosji. Tam nikt nie był pewny dnia ani
godziny. Kolega, z którym spędził wieczór, rano leżał rozsiekany na
drodze. Jechaliśmy razem tramwajem aleją Wojska Polskiego w
Szczecinie . Była godzina 21.
Dziewiąta godzina, a ulice już puste – zauważył pan Leszner.
To zło wypędziło ich z ulic – odpowiedziałem- a zło ma wielką moc.
Musi pan wiedzieć, panie Wieśku, że zło nigdy nie zwycięży. Jeżeli nie
pan, to pańskie dzieci dożyją lepszych czasów.
Ja tego nie dożyję – powiedziałem. Myliłem się. Upłynęło trzydzieści lat
od tej rozmowy i doczekałem się upadku naukowego systemu władzy
klasy robotniczej. Ja pamiętam po dzień dzisiejszy, jak ludne były ulice.
Chodnikiem po południu szedł zwarty tłum ludzi, gęstniał wraz z nad-
chodzącą szarówką. Uwaga profesora Lesznera była słuszna.
Należy opisać jedno z zebrań ZMP. Zawsze przyjeżdżał cały zarząd po-
wiatowy ze Szczecina. Już nie należeliśmy do Gryfina. Jeden z nich,
a przyjechało ich trzech, był zamieszany w wypadki gryfickie. Te
wypadki po dziś dzień nie zostały wyjaśnione. Żaden z nich nie miał
matury, ale gadkę ,to i owszem. Wielu z tych młodych czerwonych
zapaleńców miało przeszłość kryminalną i tym się chlubili. Zebranie
było dziwne.
Rozpoczęto wybory przewodniczącego szkolnego koła. Nie wiadomo,
kto podał kandydaturę Olka. Młodzież przegłosowała go na przewodni-
czącego. Zaległa cisza. Dopiero wstał dyrektor i łagodnie wyjaśnił,że to
pomyłka i żeby jeszcze raz zagłosować. Młodzież wiedziała o co chodzi,
a ci z powiatu nie. Olek był głuptakiem, był niedorozwinięty umysłowo.

94

Uderzył mnie kiedyś w nos , aż mi krew poleciała. Z wariatem nie zaczy
nałem,wolałem ustąpić. Z tej organizacji młodzież zakpiła sobie. Na na-
stępne zebranie przyjechało trzech, zaczęli od usunięcia Mietka Błasz-
czyka i kazali mu zdać legitymację ZMP. Mietek powiedział,że legity-
macji nie ma przy sobie, a zebranie może opuścić i wyszedł. Następnie
usunięto Pawłowskiego, chłopaka z nas wszystkich najbardziej pracowi-
tego .Kiedyś łopatami ładowano kompost na samochód, a Irenka Burzy-
kowska mówi: Patrzcie na tego chłopaka, jak on tę łopatą dużo robi.
To była prawda, nadzwyczaj pracowity był to chłopak. O,pomyślałem
sobie, jeżeli z organizacji wyrzucają takich pracowitych ,to ja leń, nie
mam tu czego szukać. Następnie szkołę opuścił Tadek Zawistowski, a po nim Mietek Knapik. Po kilku dniach Lutek Sitarczyk i Kazio Fornal.
Tych dwóch wiedziało o tym, że ja na legitymacjach Ligi Obrony Kra-
ju napisałem „veto”. Jak oni wyjechali, to za namową Kazia
wyjechałem i ja. Profesor Kiełbasa mówił: Ten, co to zrobił, niech cicho siedzi, bo…
Wolałem wyjechać. Ten profesor grał ze mną w szachy. Uczył nas fizyki
Ja mieszkałem w Zdrojach, ale dostałem internat i w nim przebywałem.
Nawet dostałem stypendium. Pan profesor Kiełbasa był samotny i roz-
glądał się za kobietą. Upatrzył sobie sekretarkę. Kiedyś z chłopakami
idziemy pod górę do Zielonego i widzimy, że idzie ta niewiasta. Gdy by-
liśmy już przy jeziorku spotyka nas profesor i pyta: Nie widzieliście mo-
jej narzeczonej? Tak,poszła na dół. Nic mu z tych zalotów nie wyszło.
W szachy dalej z nim grałem. On kiedyś postanowił zabawić się w
detektywa. Otóż na gwiazdkę, gdy rozdawano prezenty, Ławnikowski
ubrał się futro profesorki Janiny Olizar i udawał Mikołaja. Po zabawie
futro zginęło.Szum w szkole jak diabli. Od rana profesor przesłuchuje

95

całą naszą klasę. Gdzie, kto był w czasie trwania zabawy. Futro nigdy
się nie znalazło.
Pewnego dnia graliśmy z chłopakami w ping-ponga, gdy wpada ktoś
i woła: Chłopaki,niebieskie słońce! Wyskoczyliśmy na dwór. Słoneczko
było tak duże jak księżyc w pełni, świeciło niebiesko i wolno obracało
się. Wyglądało jak balonik zawieszony tuż nad budynkiem. Rzadka
chmura przesuwała się wolno. Z czego był ten niebieski kolor?
Młodzież zwróciła się do profesora Kiełbasy o wyjaśnienie. Będą to
chyba gazy albo pył. Może kiedyś zostanie to wyjaśnione. Wraz z tym
sztucznym zaćmieniem słońca szła ciemnota na kilkanaście lat.

96

Rozdział V

Byłem dziwnym człowiekiem. Po kilku tygodniach znajomości stawa-
łem się spowiednikiem ludzi. Wszystkie swoje straszne przeżycia opo-
wiadali mi. Tajemnicy dochowałem przez pięćdziesiąt lat. Dzisiaj czuję
się z niej zwolniony i mogę opisać, co zapamiętałem.
Pan Ławnik z Warnołęki koło Nowego Warpna, człowiek starszy, dobrze
po siedemdziesiątce, szczupły o siwych włosach. Opowiadał mi swoje
przeżycia z rewolucji październikowej. Był po stronie bolszewików.
Pilnował Pałacu Zimowego. Z daleka widział kilkakrotnie Lenina.
Otoczyli kiedyś zbuntowany pułk piechoty. Pułk liczył dziesięć tysięcy
ludzi. Tamci złożyli broń w zamian za zwolnienie z wojska i prawo po-
wrotu do domu .Radość tamtych trwała tylko godzinę. Po godzinie leżeli
pokotem. Deptałem po trupach – opowiada pan Ławnik – i sztychem
dobijałem rannych. Ogarnęło mnie przerażenie. Potworność czynu
nakazała w nocy uciekać. Przedzierałem się do Polski. Byłem ścigany,
ale pustkowia uratowały mnie.
Pan Kazimierz Adamowski,rolnik z Nowego Warpna był w 1939 r. inter-
nowany na Węgrzech i tam przeżył całą okupację. Gehenna zaczęła się
po wejściu wojsk sowieckich w 1944 r. Zaraz pierwszego dnia chcieli
zatrzymać młodą parę jadącą na rowerze. Tamci nie zatrzymali się. Po-
ciągnięto z pepeszki. Mężczyzna zginął na miejscu, kobieta jeszcze się
ruszała. Pomogli jej się ruszać. Zgwałciło ją trzech. Panie Kępiński –
opowiada – gdybym nie widział, ale widziałem na własne oczy. Co
niektórych internowanych żołnierzy oraz inne osoby ładowano do
pociągów towarowych i wywożono na wschód. Co dzień rano
wyrzucano trupa z pociągu, a niekiedy i więcej.

97

Pan Połturzycki z Suchania, przedwojenny właściciel dużego pola, a
dawniej jeszcze większego. Był Tatarem Królewskim. Rewolucję
przeżywał w Rosji, gdzie panował głód. Zajął się produkcją zapałek i z
tego żył. Jako młody człowiek przystąpił do bolszewików. Wszystko
układałoby się dobrze,gdyby nie jego kułackie pochodzenie. Ktoś
doniósł,że on jest kniaziem. Ledwo zdążył uciec. Przeżył tam prawie
trzy lata. Dopiero po zawarciu pokoju z Polską pewien sekretarz, wysoki
urzędnik, pomógł mu w ucieczce do Polski. Jedna z wiosek,w której się
schował,została wycięta szablami o świcie. Nikt nie wiedział, że on
ukrywa się w tej wsi.
Ludzi z wściekłości nie tylko zabijano jednym uderzeniem szabli, ale też
ćwiartowano na kawałki. Gdy opuszczał wioskę, potykał się o kawałki
leżące w trawie i wymiotował. Jego rodzina wyginęła w Odessie. Wywieziono ich w morze i utopiono.
Pewien człowiek zapytał mnie, czy nie wiem o jakiejś pracy. Było to
w gospodzie. Rozmawialiśmy dobre dwie godziny, nagle zapytałem:
A ostatnio gdzie pan pracował? Nigdzie,kilka miesięcy temu wyszedłem
z więzienia. Za co pan siedział? Nie wiem. Wiem tylko, że stałem kiedyś
w kolejce za mięsem. Kolejka długa, to żeśmy dyskutowali,dlaczego te-
raz w 1952 r. nie ma mięsa, kiedy zaraz po wojnie były pełne stoły.
Pewnego dnia, chyba miesiąc później, ktoś zapukał do drzwi.
Otworzyłem,ale nikogo nie było. Zza węgła widać było tylko lufę. Ręce do góry – ktoś zawołał. Zrobiono rewizję mieszkania, a mnie zabrano do
więzienia w Szczecinie. Pierwszy miesiąc przesłuchań był względny.
Nie wiedziałem za co siedzę, a oni też nic nie mówili. W drugi miesiącu
drugim miesiącu było gorzej.

98

Trzymano mnie w gorącym piecu, a następnie wyprowadzano na
dwór ,gdzie był ziąb. Po kilku miesiącach napomknięto, co robiłem w kolejce do sklepu mięsnego. Przypomniałem sobie, że tam stałem,ale nie
przypominałem sobie, co tam mówiłem. Dzień po dniu oni sami przypo-
minali mi. Dostałem dziesięć lat. Wyszedłem w 1957 r.
Ale że pan przetrzymał takie temperatury? Ci co mieli gorzej,nie przeżyli i nie dowiedziałby się pan nigdy, że były takie warunki.
Pan Lambert, inżynier rolnik, zagarnięty wraz z żoną i dziećmi i wywie-
ziony na daleką północ. Cała grupa Polaków trzymana była oddzielnie.
Przyszedł czas sianokosów. Kosili ręcznie,a później ustawiali stogi.
Krótkie lato prawie kończyło się, kiedy przyszedł do nich Rosjanin
z grupy rosyjskiej. Psujecie nam robotę, polaczki. Narażacie na kontrolę
i represje – tak rozpoczął rozmowę. O czym gawaricie, człowieku-
zawołał pan Lambert, pracujemy ostatkiem sił. Słabo pracujecie,
spójrzcie na nasze stogi. Jest ich dziesięć i są większe od waszych, a wy
macie tylko dwa . Ludzi w waszej grupie tyle samo, co u nas – mówił
deputowany.
No tak, to prawda- stwierdziła pani Lambertowa – ale my już lepiej nie
potrafimy. Ej,głupie polaczki – zawołał Rusek -nada inaczej rabotać.
Należy iść do lasu i wyciąć jodłę, a następnie zakopać i obłożyć sianem.
A jak się wyda, gdy woźnica będzie zwoził do kołchozu? On nie powie
nic, bo dostaje zapłatę od zwiezionych stogów.
Tak to, panie Kępiński, nauczyliśmy się w Rosji pracować. Byliśmy tam
dwa lata, później w Kazachstanie. Moja córka została tam skazana na
dwadzieścia lat. Jedno ,co widziałam tam na północy pięknego,tak pięk-
nego, że człowiek szału dostaje patrząc na to. Cóż może być tak

99

pięknego na dalekiej północy?- zapytałem panią Lambert. Co takiego? A
zorza polarna – kończyła pani Lambert.
Tak się złożyło w życiu, że kilka lat wcześniej byłem uczniem ich syna
Jerzego, a kilka lat później pacjentem ich wnuka Macieja, lekarza
dermatologa.
Zwierzenia osób, które opisałem, wymagały od mówiących dużej
odwagi.
Należy pamiętać o tym, że za „szeptankę” można było oberwać pięć lat
więzienia.
Przed 1945 rokiem w ochronce i w szkole dzieci śpiewały:
Ele mele dudki
gospodarz malutki
gospodyni garbata
a jej córka smarkata.
Kółko graniaste, czterokanciaste,
Kółko nam się połamało,a my wszyscy bęc.
Rolnik na dolinie,hejże hej,hejże ha,
Rolnik bierze żonę,hejże hej,hejże ha
Rolnik na dolinie.
Rolnik bierze syna,hejże hej,hejże ha
Rolnik na dolinie.
Mam chusteczkę haftowaną,
wszystkie cztery rogi.
Kogo kocham,kogo lubię,rzucę mu pod nogi.
Tej nie kocham,tej nie lubię,tej nie pocałuję,
a chusteczkę haftowaną tobie podaruję.

100

Lata ptaszek po ulicy, szuka sobie ziarn pszenicy,
a co znajdzie dziobkiem kole, a ja sobie ciebie wolę.

Były takie powiedzenia: Sowa z Mokotowa;w Paryżu pękła baba od ryżu; na moście Kierbedzia zrobili śledzia.

Często śpiewano przy kufelku:
Ani ja, ani ty, nie mamy roboty.
Kupim sobie wózeczek,
Będziem wozić piaseczek.
Oj kumie, kumie, zła żona u mnie.
Nie narzekaj, drogi kumie, jeszcze gorsza u mnie.,
Bo jak cię naleje, da ci się wypłakać,
A jak mnie naleje, każe przez kij skakać.
Golubiacy dobrzy ludzie,
udusili sukę w budzie.
Jeszcze jednej nie zeżarli,
a już z drugiej skórę zdarli.
Wesoło było na moim pogrzebie,
Jeszczem się nigdy nie ubawił tak,
Słońce świeciło na wysokim niebie…
Poszedł Marek na jarmarek,
kupił sobie oś.
Postawił ją za stodołą,ukradł mu ją ktoś.

101

Mój ojciec rano podczas golenia podśpiewywał:
I zaszedł pod młynarki drzwi
i wnet je szturmem bierze.
Młynarko,wpuść,wszak zimno tu,
jak stać na takim wietrze.
Ja za kwaterę dam ci kwit
i POW zapłaci.
Albo powiedzenie ojca: dobrodzieju, koń żyda goni.

Zostawiłem szkołę ogrodniczą,wyjeżdżając do Koszalina jesienią 1950.
Wyjechałem w ślad za Lutkiem Sitarczykiem, Kazikiem Fornalem. Oni
opuścili szkołę kilka tygodni przede mną. Namówił mnie Kazio; zaczął
opowiadać o tym, że otrzymali pracę w Domu Harcerza w Koszalinie.
Zarabiają po 560 złotych. Ja nie wiem. dlaczego opuściłem szkołę, czy
chęć zarobkowania, czy inne czynniki. Nauka szła mi opornie, byłem
najgorszym uczniem, wiecznie bałem się, że to trzeba jeszcze tyle lat
uczyć się. Byłem prędki , popędliwy, pełen zapału do czynu. Chciałem
iść naprzód, łamać przeszkody, zdobywać cele. Zajechałem do
Koszalina, odnalazłem chłopaków pod wskazanym adresem. Lutek
zaprowadził mnie do kierownika i zostałem przyjęty. Zostałem
instruktorem w Domu Harcerza. Pracowałem tam rok z młodzieżą. Było
tu kilka dobrych sekcji, między innymi sekcja tańca. Prowadził ją pan
Kalczyński z Koszalina. Facet 27-mioletni, z przekonania otwarty
komunista. Na fachu znał się dobrze i prowadził balet według
najlepszych przepisów. Stworzył zespół taneczny. Tańczono nawet
mazura. Z powodu braku chłopców zacząłem tańczyć i ja oraz Lutek.

102

Zespół był liczny, dobre dziesięć par. Występował
wszędzie, gdzie tylko kazano. Po cichu pan Kalczyński wywiózł zespół
nad morze i tam dano koncert, taką mieszankę tańca, poezji i śpiewu.
„Dosyć mam tych piosenek,
wszystkie są miłosne.
Temat ich na pamięć znam.
Tęsknoty,bóle,żale,
Znam to doskonale.”
Śpiewała urocza Rozalka, późniejsza żona pana Janka. Wiersze mówili
inni. Ja tańczyłem z zespołem. Śpiewał chór rewelersów. Ludzi z wcza-
sów było dużo.
Dom Harcerza prowadził sekcję: modelarską, przyrodniczą, którą prowadziłem ja. Spaliśmy na drugim piętrze.
Podlegaliśmy pod zarząd wojewódzki ZMP. Tam była możliwość zet-
knięcia się z pracownikami. Była to młodzież do lat trzydziestu,ale bez
wykształcenia. Nikt, nawet przewodnicząca Trepakowa, nie miał
matury.
Na otwarte zebrania przychodził taki chłopak, Michał, starał się o pracę.
Z wyglądu widać było, że to inteligent. Z tej pracy nic nie wyszło.
Następnie starał się o pracę w wydawnictwie gazety koszalińskiej, też
go nie przyjęto. Przestał do nas przychodzić. Nie było go kilka
miesięcy,po których zjawił się znowu. Wiesiek, czy macie jakieś
przykrości z powodu obcowania ze mną? – zapytał. Nie, ja żadnych –
odrzekłem- a czemu pytasz? Ot tak sobie, pracy nigdzie nie mogę
dostać, z uczelni w Poznaniu zostałem usunięty. Były to czasy, że
pochodzenie inteligenckie zamykało całkowicie dostęp do nauki. Ja
pracę dostałem z miejsca, koledzy też.

103

Przyjechaliśmy z innego miasta,bez wykształcenia,o które nikt nie py-
tał. A tu chłopak pochodzenia inteligenckiego, o dobrych manierach,
z maturą, nie mógł się kształcić,ani pracować. Osobiście w tych czasach
nie zdawałem sobie sprawy, że coś takiego może istnieć. Klasowo nigdy
nie byłem związany z klasą robotniczą. Był to wymysł szatana. Historia
wymysł ten odnotowała, a wraz z tą adnotacją odnotowała masowe gro-
by,jakie po tym pomyśle zostały.
Lutek Sitarczyk pochodził z Biłgoraja. Był w szkole najlepszym
uczniem , chłopak uczynny, dobrze śpiewał, przystojniak. Dziewczęta
oglądały się za nim, a najbardziej Irenka Burzykowska. Miałem trochę
zdjęć z zespołu tanecznego, wszystko gdzieś się zapodziało.
Na Dom Harcerza szły duże pieniądze. Kierownik i ja, przynajmniej
dziesięciu instruktorów, sprzątaczka, palacz. Spał u nas kierowca
służbowej taksówki „skody” – Jerzyk. Pochodził ze wsi Buczek koło
Białogardu. Kilka razy brał mnie do swej rodziny. Był po wojsku,
kierowcą był dobrym,ale pechowym. Kiedyś z Lutkiem i Tadkiem
Zawistowskim wybrali się samochodem na wiejską zabawę , tam im
popędzono kota i zwiewali. Wracając, jechali szybko i na zakręcie mieli
wywrotkę. Samochód miał cały dach pozaginany i podrapany. Całą
niedzielę przy pomocy lewarka prostowałem dach. Oni spali zmęczeni.
Samochód ten po kilku miesiącach poszedł na złom, bo Jerzyk cofając
do tyłu przy stacji benzynowej przewrócił słupek betonowy . Dostał
inny samochód -”opla”.
Do Domu Kultury w budynku teatru, gdzie często dawaliśmy występy
taneczne, przyjechała czarnoskóra śpiewaczka. Śpiewała: ”Ziarnko do
ziarnka zbieramy”. Co oznaczało, że szykują nową rewolucję.

104

Była to Józefina Baker?
Kiedyś idąc ulicą zauważyłem ogłoszenie o dziesięciomiesięcznym kur-
sie nauczycielskim. Z miejsca zapałałem chęcią do nauki. Nie wiem,
skąd to się u mnie wzięło? Nigdy nie przykładałem się do nauki i nigdy
nie odrabiałem lekcji. W ogóle nie rozumiałem, po co chodzę do szkoły.
Brało się to chyba z tego,że do szkoły podstawowej nie chodziłem i nie
nabrałem tego nawyku. Natychmiast zebrałem dokumenty, a było
potrzebne przede wszystkim ukończenie siedmiu klas. Takiego
świadectwa nie posiadałem.
Wsiadłem do pociągu i pojechałem do Świdwina. W przedziale jechały
cztery panienki. Jedna z nich, blondynka, spodobała mi się i zacząłem
na nią spoglądać. Była to Alicja Barszcz, uczennica trzeciej klasy
Liceum Pedagogicznego.
Po złożeniu dokumentów ,o dziwo, zostałem przyjęty. Chcę tu od razu
nadmienić,bo później zapomnę, że ja bez szkoły podstawowej zostałem
przyjęty na kurs, który ukończyłem i zostałem dopuszczony do naucza-
nia. To się w głowie nie mieści. Czy jest gdzieś jeszcze taki kraj, aby
głupi uczył mądrego? Owszem, był już wcześniej. To sowiety.
Sowieckie metody zostały urzędowo wprowadzone. Dyrektor fabryki
nie umiał pisać, dyrektor PGRu nie umiał czytać. Nauczyciele nie znali
nic prócz kilku tematów z broszury, bo podręczników i bibliotek nie
było .Wszystko zostało zamknięte. Nic dziwnego, że taki nieuk jak ja,
matoł i leń, był najlepszym uczniem na kursie. Bo byli tam jeszcze
gorsi. Przyszła inteligencja wyrastała z takiego środowiska. Prawdą jest,
że wielu podołało wyzwaniu chwili. Wielu pozostało tym, czym byli
przed kursem. Innej inteligencji nie było,wyginęła w czasie wojny.

105

Trzeba dać świadectwo prawdzie, że nowa władza ludowa dała
możliwości nauki każdemu, co chciał się uczyć.
Otrzymałem miejsce w internacie. Na kursie było nas trzydzieści
osób. Dyrektor Liceum pan mgr Józef Rogalski nisko chylił kark przed
władzą ludu. Często napomykał o szkole socjalistycznej, a na ścianach
pokazywały się hasła Stalina. Podręczniki,jeżeli były, to tylko autorów
żydowskich lub rosyjskich. Biblioteka była chuda: ”Poemat
pedagogiczny”Makarenki, ”Samotny biały żagiel”Katajewa, ”Jak
hartowała się stal” Ostrowskiego,”Stare i nowe”Rudnickiego,”Pamiątka
z celulozy”Newerlego,”Historia bolszewików” – nakład 1000 000 egzemplarzy.
Obserwowałem zachowanie się pana Rogalskiego i nie rozumiałem go.
On, przedwojenny nauczyciel, magister, tak popiera ustrój robotniczy
i nowych przywódców. Całkiem odwrotnie jak ja. Był wśród
nauczycieli tylko jeden pan Józef Sierakowski,filozof i myśliciel. Dla
chleba pracował jako nauczyciel. Wykładał filozofię,pedagogikę i
logikę na podstawie rosyjskiego podręcznika, ale ze swoim
komentarzem. W moim życiu był to drugi człowiek, który zasługiwał na
uznanie. Reszta,nie obrażając nikogo, nie mogła nauczyć nawet takiego
przygłupa jak ja. Bo ja wiedziałem i słyszałem więcej niż oni
pojedynczo i razem wzięci. Zawdzięczałem to pędowi do czytania,
bibliotece domowej państwa Kuklińskich, memu bratu Januszowi,a
także pani Janinie Olizar, nauczycielce botaniki. Z jej szafy miałem
„Martwą Rękę” o losach hrabiego Monte Christo. Zanim
poszedłem na kurs, miałem sporządzony wykaz przeczytanych tytułów,
było tego ponad pięćset pozycji. Wykaz ten zaginął w domu w Zdrojach.
Otóż pan Sierakowski miał trudności z utrzymaniem się jako wykładow-

106

ca. Był to człowiek starszy, po sześćdziesiątce. Czepiano go się nawet za
współżycie z niewiastą młodszą od niego. Było to kiedyś tematem jed-
nego z zebrań ZMP. Uratowało go wystąpienie nauczyciela Dudziaka.
Nauczyciele mieszkali razem z nami w internacie. Zajęć pozalekcyjnych
nie było żadnych. Ruch kulturalny, to gra w szachy i potańcówka przy
gramofonie. Były też płyty Chóru Dana. Były to piękne melodie.
Podarował je młodzieży kierownik internatu. Ja tańczyłem tylko z
Alicją. Była to śliczna blondynka. Podobała mi się. Upodobania były
wzajemne. Plany nasze były dalekosiężne, aż do małżeństwa. Życie i zły
los pokierowały nasze drogi na inne bieguny. Była to miłość nie
skonsumowana.
Tańce odbywały się na stołówce. Oprócz nauki miałem jeszcze inne za-
interesowania – szachy. Ta skłonność pozostała do końca życia. Tylko
profesor Sierakowski grywał w szachy. Młodzież bardzo szanowała go
za jego wiedzę. Mimo woli podsłuchałem rozmowę między Sierakow-
skim a Wrześniem od chemii. Wchodziłem do pokoju nauczycielskiego.
Pan Sierakowski zamykał okno mówiąc: Niech pan idzie do komitetu
donieść. Skierowane to było do Września, bo nikogo więcej w pokoju
nie było. O co chodziło ,nie wiem. Wiadomo jednak, że młodzi
nauczyciele byli zaangażowani w prace polityczne. Nie powiem,że ja
nie. Też pyskowałem dość mocno, ale nigdy na tematy Polski i jej
przedwojennych wartości, które ceniłem i szanowałem i robię to po
dzień dzisiejszy.
Tym różniłem się od innych. Dziwiło mnie niepomiernie, gdy ktoś źle
wyrażał się o czasach przedwojennych. Przywódcy ZMP często
zadawali pytanie publicznie: Co kolega sądzi o Polsce przedwojennej?
Czekali na odpowiedź,że to psubraty. Takiej odpowiedzi nie otrzymywali.

107

Dopiero dwadzieścia lat później hultajstwo głośno potępiało dawną
Polskę. Pamiętam ze Świdwina taką wypowiedź: A byli aż pod
Kijowem, ale jak tam dostali w dupę, to uciekali, gdzie pieprz rośnie.
Nie mogłem sobie wytłumaczyć. jak Polak może się tak wyrażać.
Długo tych spraw nie rozumiałem. Dopiero gdy dorosłem, zacząłem
odróżniać Polaków od sprzedawczyków i wrogów .Bo nigdy nie
wiadomo z kim się rozmawia, nikt na czole nie ma zapisanego
pochodzenia, ani narodowości.
W Świdwinie uczono nas tańca i śpiewu ukraińskiego. Podręczniki ra-
dzieckie, hasła na ścianach o Stalinie. Spojrzałem kiedyś na listę
uczniów szkoły, kto jest jakiego pochodzenia. Na całą szkołę tylko
jedna dziewczyna była pochodzenia inteligenckiego, nazywała się
Wierzbicka. Drugą listę oglądałem, gdzie była rubryka,kto ma rodzinę
za granicą. Nikt. Zdenerwowało mnie to i przy swoim nazwisku
poprawiłem, że mam.
W liceum wszechwładnie rządziła ZMP. W radzie pedagogicznej był
przedstawiciel. ZMP miała nadane duże uprawnienia, w każdej chwili
mogła wystąpić o zwolnienie nauczyciela. Mogła również obronić matu-
rzystę.
Moje stosunki z Alicją układały się coraz lepiej. Po kątach całowaliśmy
się i każdy taniec, każda wycieczka zbliżała nas do siebie. Była spokoj-
nego charakteru, uczyła się dobrze. Czekało mnie jednak wojsko i ono
pokręciło nam losy. Jesienią 1954 r. poszedłem do wojska. Stałem w ko-
szarach w Bydgoszczy. Dowództwo było rosyjskie. Kierownik szkoły
podoficerskiej Rusek, jego zastępca Kwiatkowski był Żydem. Mój do-
wódca kompanii,kapitan Barylak, nie miał matury. Pod takim dowódz-
twem służyłem w armii, gdzie poborowi, to młodzież polska. Całą noc

108

pasowano mundury, strzyżono głowy. Szło to bardzo wolno i czuło się
zmęczenie. Była to przemyślana decyzja. Położyli nas spać o czwartej
rano, a o szóstej była pobudka. Przed śniadaniem każdy zorientował się,
że skradziono mu pieniądze. Pieniądze wyciągnięto z portfeli, gdy my
zmęczeni twardo spaliśmy. Taka była pierwsza noc w wojsku ludowym.
Po kilku miesiącach można było podsumować straty: dwie złamane
ręce, skok z drugiego piętra i uszkodzenie kręgosłupa, zatrucie gazem w
bunkrze, utopienie jednego w basenie. Jednego tak długo ganiano po
placu apelowym,że zaczęły zanikać mu mięśnie i został inwalidą.
Ganiano go od rana do wieczora. Pochodził ze Szczecina i ładnie grał na
pianinie .Do wojskowego rygoru nie nadawał się. Każdy, kto go
zobaczył biegającego mówił: Już po nim.
Na murach były napisy , cytaty ruskich generałów, np.:Czym więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju – Suworow.
Od pierwszego dnia wszystko było tajne. Po dwóch tygodniach na apelu
zaczęto czytać list wysłany do domu. Krzyczano, że żołnierz złamał pra-
wo, pisząc jak mu tu ciężko. Ten list wrzuciłem w mieście – mówił po
cichu Stefan. Trzeba wrzucić przez osobę cywilną – odpowiedziałem.
W listach nie wolno było pisać, że służymy w łączności, żadnych
nazwisk i czego się uczymy. Przez dziesięć miesięcy trwania szkoły nikt
nie był na przepustce,nawet żonaci. Piosenki śpiewano tylko rosyjskie.
Jeżeli kompanię prowadzono do kina, to tylko na film rosyjski. Pewnego
razu poszła pogłoska,że grają ładny film zachodni „Ciemna rzeka”.
Wystąpiłem do oficera politycznego z wnioskiem, żeby obejrzeć ten
film i przeprowadzić w świetlicy dyskusję o wartościach moralnych tego
filmu.

109

Długo nie było odpowiedzi. Po kilku dniach porucznik Radziwonka
zgodził się, kompania poszła na film. Podobał się każdemu, nikt nie
miał zastrzeżeń moralnych ani politycznych. Julek Solarz i ja byliśmy
prowodyrami i znaleźliśmy się w kropce, nikt nie chciał krytykować
postaci filmowych, bo każdemu podobały się. Ten Radziwonka to
bardzo porządny chłop, nie podobny do innych. Oficerowie swym
zachowaniem dawali do zrozumienia, że tylko sprzęt i kultura oraz
wszystko, co radzieckie jest najlepsze. O tym, że może istnieć inna
wartość nie wspominano.
Chłopak śpiący nade mną zmarł na zapalenie płuc. Już dawno skarżył
się. Gdy przyszedł do lekarza oskarżono go o leserstwo i kazano
zmywać korytarze.
W grudniu,a więc miesiąc po wcieleniu do wojska, zebrano nas w
świetlicy. Tam odczytano wyrok, że służba trwa trzy lata. Mój dowódca
drużyny Wiesław Turski oraz cały starszy rocznik mieli za kilka dni iść
do cywila. Otwarcie nikt nie płakał i nie narzekał, bo za to byłoby więzienie.
Cios to był i dla mnie. Kiedy ja zrobię szkołę? Kiedy zdam maturę?
Czarne myśli i przygnębienie opanowały mnie na kilka miesięcy. Gdzie
popełniłem błąd? Chyba w porzuceniu szkoły ogrodniczej. Ale młody
człowiek nie zastanawia się .Gdy opuszczałem szkołę, dyrektor Brunon
Pacyński powiedział: Czy nie szkoda ci opuszczać szkołę za pięć
dwunasta? Dzisiaj po pięćdziesięciu latach wiem, że on miał rację, że
winę ponosi system , buntujący młodzież przeciw starym wartościom.
System dający funkcje kierownika i dyrektora osobom nie mającym
szkoły podstawowej, system walczący otwarcie z majstrem
przedwojennym. Tam,gdzie robotnicy na zebraniach załogi skarżyli się
na majstra, że za dużo wymaga, to następnego dnia majstra nie było.

110

Byłem na wykopkach w Pęzinie. Jako piśmienny zostałem skierowany
na zebranie załogi PGR do pisania protokołu. Ni stąd ni zowąd jeden
z siedzących na podłodze robotników zapytał mnie, chłopaka: Panie,
a dlaczego moja żona śmierdzi,jak wraca z roboty? Bo się nie myje –
odpowiedziałem. Pytającemu nie o to chodziło,chodziło mu o to, że
panienki miejskie nic nie robią, tylko siedzą u fryzjera lub na
plotkach,zamiast tak jak ja ,jemu robotnikowi, chwilowo chociaż służyć.
To uważał za niesprawiedliwe. Na tym samym zebraniu kilku
poskarżyło się na brygadzistę. Znałem tego człowieka od kilku dni. Na
drugi dzień już go nie było.
Ziemniaki zbierała tylko szkoła. Pracownicy gospodarstwa byli
przeważnie pijani. Moja odzywka nie spodobała się zgromadzonym
robotnikom.
A czy ktoś przeczyta jego pismo?- zmartwił się jeden. Rzeczywiście,
chciałem zapisać wszystko, co kto powiedział, więc pisałem szybko i
niezgrabnie. Nie mogłem tylko zrozumieć, żeby nie można było
przeczytać. To mało, że ja piszę za nich, za darmo ,to jeszcze mieli
uwagi, jeszcze im się coś nie podobało. Niestety, tak jak było na tym
zebraniu, było przez czterdzieści następne lat. Oni rządzili, wymagali i
pracowali w przeświadczeniu, że pracują na urzędników. To oni byli
klasą rządzącą.
Moje obserwacje życia opisuję teraz, dawniej mało kiedy dzieliłem się
spostrzeżeniami.
Jechałem motocyklem z Dąbia do Szczecina. Z tyłu siedziała Fredzia
Sabat z domu Wartalska. Umówiliśmy się dzień wcześniej, że jadąc na
zjazd na uczelni, zabiorę ją ze sobą. Mieszkała w Dąbiu z mężem
Zbyszkiem.
Otóż na moście Cłowym spotkaliśmy maszerującą trójkę:niewiasta

111

w białej sukience w kwiatki, obok facet o czarnych kręconych włosach,
niski, a z tyłu drugi facet, szczupły ,wysoki, o głowie skręconej w prawo.
Patrz, jaka lafirynda – szepnęła mi do ucha Fredzia. Przyjrzałem się tej
trójce i oceniłem, że będzie z tej trójki jeden trup. Wywnioskowałem to
po postawie tego typa idącego z tyłu i patrzącego skręconą głową w zie-
mię. Gdy wjeżdżałem już na most, oni już prawie z niego schodzili.
Po upływie trzech tygodni w Głosie Szczecińskim ukazała się wzmianka
o znalezieniu trupa kobiety nad rzeką. Musiała być kapusiem
milicyjnymi za to kumple ukręcili jej głowę .Skąd ta pewność? A no
miałem takiego znajomka w milicji. Popijałem z nim na stojąco wódkę
przy barze. Podczas luźnej rozmowy, zeszliśmy na temat prostytutek.
Większa ich część jest na usługach milicji – stwierdził. To mi
wystarczyło. Niech sami szukają zabójców. A raczej niech szukają tego
co mają i czego nie zgubili.
Nie zgubili Jerzego Paramonowa, którego szukali za pomocą prasy i ra-
dia. A szukali go dwa miesiące, aż znaleźli tam, gdzie na nich czekał.
Była nawet taka piosenka: ”Dajcie mi młotek Paramonowa, zaraz robota
będzie gotowa”. Tam, gdzie był duży krzyk przy łapaniu złodzieja lub
zdrajcy, wiadomo,że był to krzyk fałszywy.
Wróćmy jeszcze do Zbyszka Sabata. Na szkolnym boisku graliśmy
w siatkówkę, gdy podszedł do do nas chłopiec z pierwszej melioracyjnej
i zapytał: Koledzy, mogę zagrać? Był to chłopak najwyższy z nas
wszystkich.
Z miejsca okrzyknięto go najlepszym graczem. Grał wspaniale. Szkoła
nasza na rozgrywki w siatkę pojechała kiedyś do Płot. Tam w starym
zamku Gryfitów była szkoła rolnicza. Mecz przegraliśmy. Zbyszek był
niezadowolony. Ja tam byłem słabym graczem, byłem niski, tak jak i reszta gracz

112

Ten Zbyszek ożenił się właśnie z Fredzią z mojej klasy. Z nią
też rozpocząłem studia na Akademii Rolniczej w Szczecinie. Był to rok
1963. Ona po pierwszym roku odeszła do Poznania i tam skończyła
ogrodnictwo. Słyszałem, że małżeństwo to nie było szczęśliwe,bo Zby-
szek z racji swego zawodu , popadł w alkoholizm. Już nadmieniłem, że
Fredzia, Irenka Burzykowska, Danka Ścibor, Romka Vogiel,Władzia Je-
mielianow były to śliczne dziewczęta. Dobre uczennice i ładnie śpiewały.
Jaki los je spotkał? Przypadkowo spotkałem Irenkę w 1957 r., zamienili-
śmy kilka zdań. Pod koniec rozmowy powiedziała: Ale kariery nikt z
nas nie zrobił. Dziś wiem, że miała rację. Nikt,Irenko. Ona jedna miała
prawo powiedzieć to głośno. Dziewczyna jak marzenie. Mówiła to
smutnym głosem. Czas wyjątkowo pracował na jej niekorzyść. Straciła
urodę,przybrała na wadze, miała prawo narzekać na los. Jej męża Tadka
znałem dobrze. Mieszkał w Żydowcach, pochodził z rodziny robotniczej
.Był to młody chłopak i miał talent piłkarski. Kopnięty kolano,zaniedbał
uraz,aż nadszedł czas, że nogę amputowano .Dla chłopaka w tym wieku
to tragedia. Jego brat też wziął dziewczynę z mojej klasy i zamieszkał w Zdrojach na ulicy Piechoty.
Do dziewcząt podchodziło wielu obcych chłopaków. Pomiędzy tymi
chłopakami dochodziło do zatargów. Wielu z nich chciało żyć łatwym
chlebem i źle skończyło. Była to młodzież robotnicza skupiona wokół
wielkiego zakładu pracy w Żydowcach. Był to jedyny zakład ,mało
obrabowany, wyzwolony przez polskie wojsko. Położyli na nim łapy i
nie pozwolili Rosjanom na dewastację.
W Żydowcach w kinie miejskim pracował facet z Dobrzynia, ożeniony

113

z Lodzią, mamy koleżanką jeszcze z Dobrzynia. Mama kiedyś przedsta-
wiła mnie im.
W Żydowcach mieszkała moja koleżanka z klasy, niejaka Helenka,czar-
nowłosa piękność. Kiedyś z zamiarem pogawędki odprowadziłem ją
pieszo do domu. Kawał drogi minął jak z bata strzelił. Z powrotem wra-
całem autobusem. Miejscowości tej nie znałem, rzadko tam bywałem.
Podjuchy, owszem.Był tam kościół, były koszary. Do tego kościoła
nasza szkoła uczęszczała na msze.
W Zdrojach , pewna kobieta o nazwisku Gałecka, postawiła kapliczkę
w podzięce Bogu za sprowadzenie jej żywej z Sybiru do Polski. Pod tą
kapliczką odprawiano nabożeństwa majowe. Kościół w Zdrojach odbu-
dowano dopiero w latach późniejszych. A dużo pracy włożył tam pan
Januszewski. Byłem na wieży tego kościoła. Oglądałem dzwony, były
dwa, poruszane silnikiem elektrycznym. Przy tym kościele były dwa gro
by: jeden – niemieckiego księdza, drugi-Janusza, Kościół nie był bardzo
zniszczony, dostał tylko dwa pociski. W środku zastałem magazyn
mebli, złożonych tu do wywózki przez Rusków. W szufladach stołów
kuchennych znajdowałem rupiecie, takie same jakie są obecnie u mnie w domu.
Kościół był jeden, z czego można wnioskować, iż wiara też była jedna.
Jednak cmentarz w Zdrojach był z krzyżami, a w Klęskowie – bez.
W mieszkaniach poniemieckich, po których łaziłem nie spotykałem
krzyży, ani lichtarzy.
Już od zarania naszej bytności na tych ziemiach, ze wstydem trzeba
przyznać, że grobowce były rozbijane przez hieny cmentarne. W
Zdrojach nie było żadnego budynku, przy którym znajdowałby się
grobowiec lub kapliczka.

114

Była to mała osada i nisko położona. Taki budynek zajmował
Tadek Gogolewski vel Różański. Ten Tadek zabrał mnie ze sobą,żeby
udać się do Czarnej Łąki. Do Dąbia pojechaliśmy pociągiem, później na
pieszo. Dotarliśmy tam pod wieczór. Już na miejscu ,mówię do niego,że
czas wracać, a on znienacka mówi, że zostaje. Szliśmy przez wioskę w
trójkę. Jego kolega, miejscowy chłopak, nagle zatrzymał wóz konny:
Czy jedziecie do Dąbia?- zapytał woźnicę. Tak – odrzekł woźnica. To
zabierzcie tego chłopaka- wskazał na mnie.
Do Dąbia zajechaliśmy po ciemku. Do Tadka miałem żal. Nic wcześniej
nie mówił, że tam zostanie. Tadek to był dziwny kolega. Później całe ży-
cie spędził w milicji i doczekał zasłużonej emerytury.
Czy ktoś pamięta czystość wagonów, autobusów ,ś wietlic?Ja pamiętam,
był to czas, gdzie każdy miał prawo zapalić papierosa wszędzie. Jeżeli
były wagony z wyściełanymi siedzeniami, to były z dziurami po
papierosach. Przepalano podróżnym spodnie, marynarki, a szczególnie płaszcze.
A dodatkowo,kiedy zauważono,że płaszcz należy do inteligenta, to ro-
biono mu przynajmniej dwie dziury.
W zakładzie ogłoszono wyjazd do lasu, na grzyby. Podstawiono ciężaro-
wy samochód. Gdy kierowca otworzył tylną burtę, każdy spojrzał do
środka, a tam brud . Po wczorajszej libacji nikt wozu nie sprzątał. Z
grzybobrania hultajstwo zawsze wracało zalane. Przechodząc z boku
zauważyłem brud i z ciekawości stanąłem, aby zobaczyć, co będzie
dalej. Byłem ciekawy, czy ktokolwiek zareaguje na nieporządek. Każdy
się ociągał, aby nie wchodzić pierwszy. Pyska nikt nie otworzył. Jakoś
opieszale po pewnym czasie pierwszy pasażer wskoczył do środka, a
potem pozostali.

115

Nikt nie zrezygnował z grzybobrania, bo tam w lesie czekały obie-
cane dobra, za darmo iść i zbierać pełne kosze. Ile to korzyści, ile
jedzenia. Wszystko dla ludzi pracy.
Jeżeli za komuny znalazł się ktoś, kto zwrócił uwagę, aby niedopałki
wrzucać do popielniczki, to zginął marnie. Taki los spotkał mnie. Na ze-
braniu wiejskim,na którym byłem obecny ja i moja władza powiatowa.
Rozniosłem popielniczki , po dwie na każdy stół, mówiąc, żeby z nich
korzystać. Następnego dnia wezwano mnie na egzekutywę komitetu po-
wiatowego. Ludzie mają się czuć swobodnie w agronomówce, są u
siebie, nie trzeba przedwojennego rygoru, to od rolnika mamy się uczyć.
Czym więcej było zarzutów, tym byłem pewniejszy,że jestem skończony
Po miesiącu miałem wypowiedzenie w kieszeni.
Nikt nie jest w stanie opisać składu powietrza w tramwaju. Widno było
od palących się papierosów, a zarazem ciemno od dymu. Nocą twarzy
nie było widać, ale bliskość twarzy odczuwało się po wydechu, który
zwalał z nóg. Normalny, nie przyzwyczajony człowiek padał z nóg po
kilku minutach. Nikt nie ustąpił miejsca potrzebującemu. W tym tłoku
przeciskał się konduktor, żeby sprzedać bilety. Brud i ciasnota były
osiągnięciem klasy robotniczej, klasy. która pracowała dla
wyzyskiwacza. Próbowano nawet usankcjonować to w przedstawieniach
teatralnych, śpiewając:
„Mkną po szynach czerwone tramwaje”, gdzie ścisk jest rzeczą natural-
ną i gdzie pasażerowie nawet śpiewają.
Brud ,niechlujstwo i błoto zauważyłem, gdy poszedłem do pracy w PGR.
Kiedy zaczęła się niechęć robotników do komuny? Już w 1963 r.
mówiono mi: Panie Kępiński, jak każdy ma już dość tej komuny.

116

Nie wypytywałem nigdy nikogo, co myśli o komunie. To było niebez-
pieczne. Można było dostać żelazem w łeb i nikt nie dochodził za co,
dlaczego? Jeżeli dochodził, to tylko udawał. Była to pierwsza śmiała wypowiedź robotnika o komunie. Była ona jednak odosobniona. Nieraz stojąc na ulicy wielkiego miasta przyglądałem się przechodniom, który
z nich byłby gotów stanąć do walki z komuną. Może ten, a może tamten?
Jednak tysiąc przeszło i nie widziałem kandydata. Oni wyrzekli się Pol-
ski, zostałem tylko ja? To była jednak nieprawda,rozumowanie moje
było błędne. Brakowało iskry i celu. Rozmawiałem w 1959 r. z grupą
robotników. Poprzednio kilku z nich pracowało w hucie Szczecin. Jeden
z nich mówił: Był u nas strajk, stanęła cała huta, tylko wrzucono koks,
aby piec nie stanął. Baby nasze przychodziły pod bramę z jedzeniem.
Milicja ładowała je na samochody i wywoziła do Puszczy Wkrzańskiej ,
skąd wracały pieszo. Nigdy nie mówiono, ani nie pisano o strajku, to
chyba niemożliwe. A jednak prawdziwe. Prawda istnieje, tylko o tym nie
wiemy, bo władza nam o tym nie mówi. Nie powiedziała,że na polskiej
ziemi były amerykańskie czołgi, nie mówi się o przywożeniu z Ameryki
krów, koni, traktorów i nie mówi się o tym,że w tym samym czasie
wypędzano stada krów liczące po kilka tysięcy sztuk. Ludzie to widzieli,
a jednak milczeli, bo za szeptankę szło się do więzienia z połamanymi
żebrami. Krowę z Ameryki dostał mój ojciec. Przyjaciół poznaje się w
biedzie.
Na Osiedleńczej naprzeciwko nas zamieszkiwał Genek Zych z matką
i siostrą. Nazwisko to pamiętam ,bo w budynku obok niego za zakrętem
był ruski szpital na dziesięć łóżek. Jak ktoś po pijaku złamał nogę,to tam
leżał, bo rannych z wojny tam nie było. W tym szpitalu był lekarz,lubiący spacerować.

117

Dziwnie jakoś podczas każdego spaceru trafiał na nasze
podwórko. Było po drodze. Był szczupły, czarnowłosy. My chłopcy
mieliśmy nową zabawę, polegającą na rozbieraniu pocisku
karabinowego.
Z naboju wyjmowano pocisk, usypywało trochę prochu i pocisk wbijało
się do środka, a resztę prochu z zapasu wsypywało się znowu. Po
wsypaniu prochu podpalało się go. Pocisk mógł wylecieć nawet na
dwadzieścia
metrów. Na taki wystrzał nadszedł lekarz. Taka zabawa może skończyć
się śmiercią – powiedział. Ta zabawa rzeczywiście skończyła się kiedyś
dla Józia tragicznie. Poharatało mu trzy palce.
Lekarz nieraz rozmawiał z ojcem, który znał język rosyjski: Skąd pan
pochodzi? Z Kaukazu. Jakiej pan narodowości? Turek.
Ten lekarz, młody jeszcze człowiek wypijał u matki herbatę. Mama
pokazała mu flaszkę z tranem. Tran ten znalazłem i przyniosłem dla
Janusza.
Czy ten tran jest dobry? Lekarz obejrzał, powąchał i mówi: Dobry.
Naszemu Januszowi niewiele mógł pomóc. Turek powiedział:Były u nas
leki amerykańskie, ale wyczerpały się dawno.
Z ojcem często rozmawiali na osobności. Z zachowania ojca
wnioskowałem, że nie zgadza się z lekarzem, bo kiwał przecząco głową.
Nigdy w latach następnych nie widziałem, aby ojciec tak stanowczo z
czymś się nie zgadzał. Byłem przekonany, że chodziło o przekroczenie
granicy,a to już w 1946 r. było niemożliwe. Co gorsze ten lekarz nie znał
języka polskiego. Faktem jest, że ten lekarz wymknął się na zachód.
Była jedna pielęgniarka o twarzy mongolskiej, ale Polka. Prowadziła
punkt opatrunkowy PCK. Pewnego razu wraz z Anielką byłem u niej po pomoc. Anielka wbiła sobie w dłoń szydełko, ja nie potrafiłem tego wy

118

ciągnąć, poszliśmy więc po pomoc. Pani Maria Rogowska szybko się
z tym uporała. Przy okazji zapytałem: Czy ma pani łączność z tym leka-
rzem Turkiem? On zwiał na zachód – cicho odpowiedziała. W taki spo-
sób mimo woli dowiedziałem się o Turku.
Ten budynek po opuszczeniu przez Rusków długo stał wolny. Nigdy
w nim nie byłem, ani żaden z moich kolegów. Dlaczego? A bo każdy bał
się jakiejś zarazy.
Ten Genek Zych mieszkający naprzeciwko nas zajmował się ciemnymi
sprawami. Kilka razy milicja robiła na niego nalot. Zawsze zdążył zwiać.
Jego matka głośno twierdziła,że syn jest niewinny. Pewnego dnia rzucił
on za przechodzącą moją matką granat. Naprzeciwko nas stały dwa spa-
lone domki. Z tyłu tych domków były ładne ogrody i tam uprawiano wa-
rzywa. Takiego ogrodu nie było przy naszym budynku. Przez te ogrody
była droga na skróty do Sanatoryjnej. Matka szła po warzywa,a Genek
żeby ją nastraszyć rzucił w gruzy granat i uciekł.
Nasza ulica Osiedleńcza była cała zamieszkała. To wokół ojca skupiała
się ludność. Gdy do trzeciego budynku z naszej strony wprowadzili się
Walczaki, zaczęły się kłopoty z łączką. Leżała ona między torem a sta-
wem, ale naprzeciwko domu Walczaków. Tam pasła się nasza krowa,tam
był plac zabaw dzieciarni z całych Zdrojów. Przez tę łączkę płynął stru-
myk i wpadał do stawu . Pod torem kolejowym był betonowy przepływ,
gdzie stały ławki. Woda była czysta jak łza. Źródełko znajdowało się
w dolinie po drugiej stronie toru. Tam wśród brzóz i osik rosły grzyby
olszówki. Tam też było wejście do dwóch tuneli, w których nigdy nie
byłem. Leżały tam bomby lotnicze.

119

Po wyborach styczniowych 1947, gdy władza zauważyła, że nikt na nią
nie głosował, sfałszowała wybory i ogłosiła swoje zwycięstwo. Oburze-
nie było powszechne: Panie, to niemożliwe! Wojna musi być!Dwaj męż-
czyźni, znajomi, stanęli na środku Osiedleńczej, bo tam akurat spotkali
się idąc z przeciwnych stron.
Ulica była pusta, nie było furmanek, nie było samochodów. Wszystko,co
miało kółka, zabrała uciekająca ludność. Na środku szosy można było
stać cały dzień i nikomu się nie przeszkadzało, a do tego tylko środek
ulicy był uprzątnięty i czysty. Chodniki zawalono rupieciami
wyrzucanymi z okien domów ,płyty rozerwane i zorane gąsienicami
czołgów. Dopiero po latach pięćdziesiątych,a więc dziesięć lat po
wojnie,zaczęto naprawiać chodniki dla pieszych.
Po wyborach styczniowych można było zauważyć dbałość o budynki
instytucji państwowych. Najpierw wykopano okopy strzeleckie wokół
budynku milicji. Na korytarzu i w kilku oknach ustawiono karabiny ma-
szynowe na taśmę. Ścieżka od ulicy do drzwi wejściowych budynku
miała mostek zwodzony na okopie. Kto przechodził ulicą Batalionów
Chłopskich i zauważył okop stawał na chwilę i zapadał w zadumę:
Przeciwko komu wykopano rowy strzeleckie? Starsi ludzie może coś
wiedzieli na ten temat, ale my, chłopaki i dziewczyny wojny. Przecież
wojna zakończyła się trzy lata temu, a tu kopią okopy! Nieświadomi ni-
czego wchodziliśmy w okres wielu lat przemocy i gwałtu. Każdy pełen
optymizmu co do dalszych losów Polski, aby tylko budować kraj,usunąć
gruzy. Jednak nie usuwa się gruzów, a kopie rowy bojowe. Pamiętam co
powiedział ojciec: Tych gruzów nie usuną i za dwadzieścia lat.

120

Wszystko się zgadza, po dzień dzisiejszy, minęło pięćdziesiąt lat,jest
marzec 1996, a budynki noszą ślady kul i odłamków. Od czasu kopania
okopów strzeleckich przy budynkach państwowych, rozpoczyna się
okres izolacji milicji od społeczeństwa. Łączność była nawiązywana
tajnie, przez konfidentów. Każdy z nich przez pięćdziesiąt lat składał
pisemne informacje ze swych spostrzeżeń. Za informacje otrzymywał
wynagrodzenie, za które mógł kupować artykuły niedostępne dla
zwykłego śmiertelnika. W ludowym ustroje nie było w sprzedaży ani
węgla, ani pralki, ani lodówki. Ktokolwiek kupił taki towar,zdradzał
się,że posiada tajne powiązania, że stać go finansowo na zakup. Jeżeli
ktoś nie wierzy, niech sprawdzi, skąd przywiózł swoją pierwszą
lodówkę pan Cyrankiewicz. Do zakupu potrzebny był talon, a ten był
ściśle reglamentowany.
Wielu robotników miało samochody, a nie mieli ich profesorowie,ani
inteligencja w ogóle, ani dyrektorzy fabryk.
Duże zdziwienie Czanowa i długie dyskusje wywołała decyzja o zmia-
nie nazwy na Szczecin-Zdroje. Ludzie domyślali się, że czerwoni chcą
oddać Szczecin i już myślą o stworzeniu nowego Szczecina po tej stro-
nie Odry. Będą dwa Szczeciny, jeden polski, jeden niemiecki. Bo tak prawdę mówiąc, co my w Zdrojach mamy wspólnego ze Szczecinem?
Szczecin leży za siedmioma rzekami. Tu pozwolę sobie wymienić ich
nazwy: Cegelinka, Martwa Woda ,Brynecki Nurt, Kanał Leszcza – zasypany, Regaliczka – zasypana, Parnica, Odra. Kronikarz pięćset lat temu pisał:
„Bolesław Krzywousty przeszedł wody i rzekę i zaatakował gród Szcze-
cin” .Skórcza Góra w Zdrojach, to miejsce z którego Bolesław obserwo-
wał marsz swych wojów po lodzie na zamarzniętych rzekach..

121

Było to zimą 1121 r.,a na taką zimę czekał chyba piętnaście lat. Dziś nie
ma słowiańskiej nazwy Sroczy Las, ani nie ma nazwy Góra
Krzywoustego. Jakiś głuptak wymyślał nazwy, jakie mu ślina na język
przyniosła. Nie mogła powstać żadna nazwa, która przypominałaby
naszą tu obecność przed laty.
Przez te siedem rzek, drogą wojów Krzywoustego, ruszyłem na Szczecin.
Nie byłem sam, szedł ze mną Tomek ,Wiesiek Włodarczyk i jego brat
Romek. Rano ruszyliśmy. Mróz był niewielki, a lód grubości 10 cm.
Cały dzień łaziliśmy po Starym Mieście i Bramie Portowej. Dziwiły nas
ruiny ogromnych hal z betonu i żelaza na ulicy obecnie Wyszyńskiego.
Już było ciemno,gdy wracaliśmy na lód Regalicy. Przy moście Cłowym
ktoś z drugiego brzegu krzyczał: Na prawo, na prawo!Stanęliśmy i
patrzymy przed siebie. Kilka metrów przed nami widać żywą wodę. W
poświacie księżyca widać ruch wody. Skręciliśmy na prawo i po
obejściu dziury spotykamy człowieka. Był to dozorca materiałów na
most. Podziękowaliśmy mu, gdyby nie on już dawno by nas ryby zjadły.
Przysmak dobry, bo młody. Mieliśmy po piętnaście lat. Na brzegu
weszliśmy do zajezdni tramwajowej, tu bowiem dochodziły tramwaje do
samego lotniska. Przy stacji kolejowej Włodarczykowie odeszli do
domu, a ja z Tomkiem szliśmy dalej. Tomek szedł wolno z uwagi na
nogę. To mnie już zaczęło irytować, bo noc coraz głębsza. Obaj nic nie
jedliśmy. Tomek,dawaj, idźmy jakoś szybciej! Nie dam rady –
odpowiada.
Bolesław Krzywousty nie wracał tego samego dnia. Po opanowaniu
Szczecina wysłał sześć tysięcy niewolników na Ujście. Sam ruszył na
Dymin i nad rzekę Pianę. Piękne to dzieje naszych praojców. Zapomnia-

122

ne przez polityków obcej narodowości, rządzącymi krajem .Każdy z nas
słyszał o wyprawie krzyżowców do Palestyny, ale nikt nie słyszał o wy-
prawie na nasze ziemie słowiańskie między Łaba a Odrą leżące. Było to
w roku 1147. Słowianie między Łabą a Odrą zostali krzyżem wycięci
w pień, a tych co uciekli w lasy, wieszano na krzyżach. Te plemiona po-
stępem technicznym przewyższały zachodnie narody, dlatego zostały
wytępione. Ziemie po nich wyrokiem papieża otrzymali tylko Niemcy.
Ani Czesi, ani Polacy nie otrzymali nic, nawet Duńczycy i Pomorzanie,
nikt nie otrzymał ziemi po Słowianach, naszych pobratymcach i praoj-
cach.
Gdy z towarzyszami przeszedłem wody i rzekę w 1946 r. to zastałem
tam Słowian, tak jak Krzywousty. Obliczmy, po ilu latach harcerze z
Lotniczej Drużyny Harcerskiej w Czanowie przeszli gołą stopą do
Szczecina.
Krzywousty był w 1121, my w 1946, wychodzi 825 lat. Piękny czas.
Długie lata,ale prawdziwe.
Przy budynku gminy stał budynek kryty trzciną, drewniany i z gliny.
Duży, cztery pokoje i sień na dole ,u góry dwa małe pokoiki. Dach to
były żerdzie brzozowe i trzcina. Na poddaszu było dużo trumien. Po
podłodze walało się mnóstwo łusek broni małokalibrowej. Dekoracja
ścian wskazywała na to, że dom należał do młodzieży lub muzeum. W
tym budynku władze gminy składały makulaturę i szmaty. Niewolnice
niemieckie zbierały szmaty po mieście i tutaj segregowały. Ja i Tomek
byliśmy tam pewnego razu. Jedna z Niemek próbowała mówić po
polsku:To hauze pommeren. Aha, mówi o Pomorzu – zauważył Tomek.
Taki groźny. Chyba według niej wielki – wtrąca Tomek. Cło – i
wskazała na podłogę.

123

Ona coś jeszcze mówiła, nawet po latach zastanawialiśmy się z Tom-
kiem i nie wiemy , o co chodziło. Może chodziło o Pomorców. Pomogła
nam trochę babcia Tomka, pani Hermanowska. Nigdy nie słyszeliśmy
o Pomorcach, ani o Gryfitach, bo skąd? Na budynku wisiała tablica po-
dziurawiona przez pociski, ale kto tam na to zwracał uwagę. Ten
budynek to była siedziba słowiańskiego celnika. Ten budynek stoi na
skrzyżowaniu jedynego szlaku na Szczecin z Pomorza i Wielkopolski.
Budynek ten nie był z pruskiego muru. Wiązania poziomych belek na
rogach były takie same jak domu pod strzechą przy drugiej stacji
kolejowej. Ktoś zorientowany mógł coś ze słów kobiety zrozumieć, ale
my,urwisy?
Te trumny były wykorzystywane. Jedna dla komendanta milicji, pana
Juchniewicza, druga dla pana Bachorza,człowieka, co chciał otworzyć
restaurację w budynku przylepionym do gminy; trzecia – dla Janusza,
i tak dalej.
W tym budynku mogła być szkoła ,ale kobieta nie wymówiła słowa
schule, a takie słowo my znaliśmy.
W tamtych czasach mało co wiedziałem o Obodrzycach, Wieletach, Ra-
nach, Dulębach, bo było to kościelne tabu. To tylko kościół wybił
Słowian połabskich. Byli z tego samego pnia co i my.
Ta Niemka nie daje mi spokoju od lat. Z trzech tam pracujących,ona
była największa i była taka przy kościach. Do naszej obecności odnosiła
się przychylnie. Coś z polskiego musiała kiedyś znać.
Pomyślałby kto ,że do Szczecina były zerwane wszystkie mosty. Otóż
tak nie było. Jeden kolejowy ocalał i pociągi towarowe jeździły nim
przez cały czas. Był to most kolejowy żelazny w Żydowcach. Wykorzy-

124

stywali go tylko sowieci. Dlaczego ocalał? Otóż tu nabierają wyrazu sło-
wa luźno rzucane przez żołnierzy dojących krowy. Każdy z wiaderkiem
podchodził do zbiornika, zlewał mleko, spojrzał na mnie, uśmiechnął się
i coś powiedział. Chodziło o szturm na Szczecin. Polacy już wysłali od-
działy szturmowe, gdy nadszedł rozkaz opuszczenia Zdrojów, udania się
na drugą stronę autostrady i marsz na Gryfino. Nasi ocalili Żydowce, Radziszewo i dlatego ten most ocalał. Ocalała również fabryka włókien
sztucznych. Wiele budynków na tym szlaku nie było uszkodzonych.
Można to sprawdzić jeszcze dzisiaj. Nasi musieli budować most kolejo-
wy drewniany, a następnie żelazny przysłany z Anglii. Dlaczego Rosja-
nie nie dali korzystać z mostu w Żydowcach? Bo przewozili tym
mostem zrabowane towary, a nie chcieli, by ktoś im patrzył na ręce. Gdy
stałem z bańką na mleko w oborze i czekałem, wyraziłem swoje
zdziwienie,że tu stoi polskie wojsko i nikt o tym nie wie. Każdy kto
przechodził obok mnie uśmiechał się . Opowiadali historie, których już
nie pamiętam. Jedno jest pewne, za opowiadanie tych historii, każdy
mógł przepaść jak kamień w wodę . Jednak śmiało,bez obawy
tłumaczyli, nieraz wybuchali śmiechem, aż krowy podskakiwały. Nie
rozumiem po dziś dzień, dlaczego nie wzywano wojska, gdy były
zatargi z ruskimi pod budynkiem gminy.
Wybuchy śmiechu u młodzieży, a splunięcie u starszych, wywołała wy-
wieszona klepsydra o śmierci Żdanowa. Zdechł w Rosji, a tu będą
płakać każdy mówił. Po wszystkich wsiach i miasteczkach wieszano te
zawiadomienia. W tych dniach komuna już mocno trzymała za pysk
Polaków. Przechodzący ulicą Żydzi nie odpowiadali na „dzień dobry”.
W ogóle poruszali się po ulicach jak ich właściciele. Przed wojną
mówili: Wasze ulice, nasze kamienice.

125

Po wojnie już w 1949 r. dawała się zauważyć tendencja nieobcowania
z Polakami. Ta tendencja trwała do 1957 r. Polacy byli pod ich kontrolą
i władzą. Nic dziwnego, że po pogromie w Kielcach powiesili wielu Po-
laków. A po wypędzeniu właścicieli ziemskich i fabrykantów poczuli,że
Jehowa dał im nową ziemię obiecaną. Lepszą od tamtej, bo zielona,żyz-
na i urodzajna. Należało tylko szybko pozbyć się tubylców – Polaków.
Zaczęto masowo już w 1944 r. wywozić ich na Sybir. Liczono, że prze-
trzebiona przez wojnę ludność szybko stopnieje,wywożona w bydlęcych
wagonach. Wszystko wskazuje na to, że takie były plany. Plany te zosta-
ły powstrzymane. Dlaczego? Na to odpowie historia. Jest to zagadka.
Ojciec otrzymał akt nadania na działkę przy ulicy Batalionów Chłop-
skich 61. Położona ona była w prostokącie pomiędzy strumykiem Choj-
nówka, ulicą Bagienna, torem kolejowym a ulicą Batalionów. Większą
część działki zabrała komuna w 1954 r. i urządziła tam zarząd gospodar-
ki komunalnej. Nasza działka oznaczona jest dobrze w akcie nadania.
Jest tam wyszczególniony każdy barak i szopa czy budynek. Jest nawet
dynamo, którym ojciec produkował prąd. Od strony Bagiennej był sad,
od strony Chojnówki – spalone mury fabryczki, od strony toru
kolejowego – szopy,suszarnie i spalony budynek biurowy,od strony
Batalionów -budynek, oficyna, komórki i chlewik oraz budynek, w
którym mieszka Geniek oraz nasz mieszkalny przy samej ulicy. Szkic
działki wykonał pan Włodarczyk, taki sam wykonałem i ja zamieszczam
na następnej stronie. Świadkiem na rzecz naszej działki mogą być:
Januszewski, Ziemiuch, Tomek Czukanow, Tadek Różański i inni w
moim wieku.

126

127

Mój ojciec miał braci: Adama, Józefa, Antoniego, Michała oraz siostry:
Annę, Stanisławę i Teresę. Adam i Anna wyjechali do USA w 1912 r.
Józef był majorem w wojsku i zginął w 1939 r. Na pogrzebie Antoniego
byłem nad morzem w Śliwnie. Michał zmarł ostatni w 1992 r.
Dziadek Franciszek żył i pracował w Działyniu , gmina Zbójno nie dale-
ko Rypina.

128

Rozdział VI

Kim jest włóczęga? Jest chłopakiem , ma piętnaście lat i wybrał się sa-
motnie nad Zielone Jeziorko i zwiedzanie lasu bukowego. Nie pierwsza
to moja wyprawa samotna. Może dziesiąta , po co liczyć? Postanowiłem
przejść puszczą do autostrady. Wybrałem słoneczny dzień i hajda! Bez
kawałka chleba w kieszeni, bez flaszki z kompotem. Przygoda wzywa!
Na bosaka, naprzód!Co przyniesie ten dzień? W lesie natrafiłem na sze-
regi okopów i dołków strzeleckich, na ławeczki z żerdzi i kupki puszek
po konserwach. Okopy były prostopadłe do autostrady, a szły prosto od
mostu w Zdrojach. W tych okopach szukałem czegoś. Nogą nadepnąłem
na kamyk przykryty mchem. To nie kamyk, to dwa granaty! Skwapliwie
uczepiłem je do paska. Bo pasek jako harcerz nosiłem. To już jest coś.
Nie jestem bezbronny w tej głuszy. Okopy prowadzą wzdłuż wzgórka,
z którego widać horyzont na trzy kilometry. Od końca horyzontu biegnie
w moim kierunku podwójna nitka autostrady. Dwa białe pasy betonowe
wśród zieleni. Na tę autostradę wycelowane jest działo. Zaczynam szukać.
Armata musiała być broniona przez piechotę. Tu musi coś być. Przewra-
cam skrzynki z amunicją. Pociski są diabelnie ciężkie. A jednak jest też
skrzynka trochę odmienna od innych. W niej granaty „tłuczki”. Trochę
ze strachem patrzę na nie. Jaka to straszna broń. Granaty zostawiam do
jutra i idę dalej. Docieram do szosy. To szosa nowoczesna, ale przez
następne dwadzieścia lat nie przejedzie tędy żaden samochód.
Ojciec,chociaż robotnik, orientację miał dobrą, mówiąc, że zniszczenia
wojenne nie zostaną usunięte za dwadzieścia lat. Po drugiej stronie
autostrady stoi budynek z białej cegły. To była ogromna restauracja.

129

Włażę w ruiny i zaczynam myszkować. Skrzynki z butelkami od
lemoniady. Reszta połamana i wdeptana w podłogę. Nic nie nadawało
się do użytku. Z tej budowli mam mało wspomnień. Obok szosy pełno
skrzyń i łusek po amunicji.
A więc strzelano- pomyślałem. Jednak sama szosa pusta, brak jakiegoś
wraku samochodu lub wozu drabiniastego, a przecież ludność tędy ucie-
kała. Nic im nie nawaliło? Nie pękła żadna oś od wozu? Jedyny rozbity
wóz spotkałem na drodze z Kołowa do Podjuch w środku Puszczy Bu-
kowej. Była tam droga brukowana. Wracałem inną drogą z dwoma
granatami u pasa. Skierowałem się bardziej na wschód, by wyjść w
Klęskowie na folwark wojska polskiego. Jeszcze czegoś szukałem.
Mianowicie, po Czanowie szła pogłoska, że gdzieś ukryte są magazyny
wojskowe, pełne sprzętu i mundurów. Tę plotkę przekazał mi osobiście
milicjant pan Jerzyk. Plotka dla ludzi starszych może nie mieć
znaczenia, ale dla chłopaka, fantasty i marzyciela, jakim byłem ja, był to
drogowskaz, bez igły kompasowej , ale był. Przeszedłem na wschodnią
część linii okopów niemieckich, a mając po lewej ręce piętrowy
budynek górujący nad okolicą,szedłem w dół wprost na folwark.
Zostawiłem go po lewej stronie i wszedłem na drogę z czarnej kostki
hutniczej.
Klęskowo było częściowo zamieszkałe. Był sierżant – kowal, kilku
osadników wojskowych. Poza tym pustki. Był też pan Makowski z
liczną rodziną. Tę drogę znałem dobrze. Tędy rowerem na szlauchach
jeździłem po mleko do pana Władysława Stekla. Obszedłem kilka
budynków. Tu nic nie znajdę – pomyślałem. Jeżeli magazyn ma być, to
tylko w górach. Góry to wzniesienia u stóp Czanowa. Wejście do
lochów było zaminowane ,leżały tam bomby lotnicze.

130

Same tunele były już częściowo wysadzone,bo świadczyły o tym
poszarpane płyty betonowe. Tu bałem się wchodzić,
z resztą – magazyny muszą być zamaskowane. Wielka kotlina zaczęła
zarastać chwastami. Dziś rosną tu drzewa. Tę kotlinę tuż za torem kole-
jowym postanowiłem zbadać. Z tej kotliny wypływał strumyk do nasze-
go stawu. Po zachodniej stronie kotliny była stroma ściana, takie
urwisko, wysokie na pięćdziesiąt metrów. Na tę ścianę postanowiłem się
wdrapać.
Kawałkiem żelaza żłobiłem otwory na stopę. Glina była twarda.
Zmarnowałem cały dzień i wdrapałem się na trzy metry. Dalej ściana
była pionowa, nawet gdybym miał wykopane otworki, to mógłbym się
odchylić do tyłu. Spokoju to mi nie dawało. Tyle się naczytałem o
ludziach wdrapujących się na skały lub lodowce, a ja będąc trzy metry
od wierzchołka mam rezygnować! Dołki postanowiłem ryć głębsze z
zakrętem, aby było się czego złapać ręką. Gdy miałem już wyskrobane
dołki, przytuliłem się do ściany wzgórza i jedną ręką złapałem za szczyt.
Tu zachwiałem się, byłem pewien, że zlecę na plecy w dół ,ale jakoś
trzymałem za dołek lewą ręką, a prawą chwyciłem za źdźbło trawy. Aby
nie urwać tej trawy należało przycisnąć się do ściany i wyprostować
nogi. Takie kilka listków i pozwoliło wejść na szczyt urwiska Góry
Krzywoustego, bo tak ją nazwałem na własny użytek. W tej kotlinie, z
której startowałem do zdobycia ściany, nic ciekawego nie znalazłem.
Były tam szyny kolejki w wagoniki wywrotki. A więc nie tutaj należało
szukać tajnych magazynów.
Łepetyna moja pracowała i kalkulowała ,że jeżeli takie są, muszą być na
wzgórzach, bo tam w dolinie obskoczyłem już wszystkie wszystkie bu-
dynki. Nad Zielonym Jeziorkiem od wschodniej strony zauważyłem bu-

131

dynek transformatora, wąski, wysoki, w środku pusty, tylko kable
wystawały z ziemi. Co to jest? Dokąd jest prowadzony prąd? Przecież
linia idzie po słupach przy drodze betonowej. Linia ta zasilała
restaurację i pozostałe trzy budynki. Lochy wojskowe miały swoją
prądnicę. Zniechęcony zaprzestałem poszukiwań.
Mój brat Geniek zwrócił mi uwagę, żebym szukał silników elektrycz-
nych. Z tym nie było trudności. Prawie w każdym domu było ujęcie
wody i hydrofory. Pompy przeważnie popękane od mrozu. Nim ja i
niewiele mądrzejszy ode mnie Geniek wzięliśmy się za to, silniki
zostały już wyszabrowane. Szybsi ludzie, bardziej pracowici zrobili to
za nas. Do pociągu w Zdrojach zawsze były ładowane ciężkie skrzynie.
Wywożono to do Warszawy i brano ładne pieniądze. Trochę winy
ponosił tu mój ojciec, przeciwnik szabrowania.
W ogrodach przy Jabłoniowej wypatrzyłem piwnicę z motorem. Zawo-
łałem Gienka. Ten wziął do pomocy Niemca niewolnika, młodego
faceta.
Aby tam wejść znalazłem starą drabinę. Ja proponowałem uwiązać sil-
nik na lince i ciągnąć do góry. Niemiec dał znak, że weźmie silnik w
ręce i wyjdzie po drabinie. Doszedł do połowy, gdy drabina załamała
się. Chłopisko wypuściło silnik z rąk i wyszło cało z opresji. Motor
spadł na posadzkę i rozbił się. Takie było nasze działanie.
W tych ogródkach przy Jabłoniowej była wytwórnia szczotek i pędzli.
Pracowali tam inwalidzi. Zabrałem sznurek do wiązania, prawie dwa-
dzieścia dużych kłębków. Sznurek ten bezużytecznie leżał u nas z dzie-
sięć lat. W papierach i starych skrzyniach znalazłem kilka gotowych
szczotek z morskiej trawy. Maszyn tam żadnych nie było. Wszystko

132

dokładnie ruscy przeszukali i wywieźli.
Przy końcu września wraz z Lucjanem udałem się na Górę Krzywo-
ustego. Tam obok reflektorów rosła duża grusza i zerwaliśmy dużą kipę
gruszek .Tylko tu można było znaleźć owoce, bo tam na dole wszystkie
drzewa owocowe były objedzone jeszcze zielone przez rusków. U nich
w Rosji drzew owocowych nie ma, zostały wycięte wraz z burżuazją.
Należy słów kilka powiedzieć o ruskiej kulturze. Kto jej nie zna,to myśli
że ruski to światły i kulturalny naród. Jest w błędzie. To była i jest dzicz.
W Rosji inteligencja została wymordowana do ostatniego. Kto umiał
czytać umierał, kto umiał pisać- umierał. Z początku w masowych gro-
bach, później w łagrach będąc na dożywociu. Ta nowa inteligencja nie ma podstaw rodowych i należy ją nazwać hołyszami. Nie ma łańcucha genetycznego, wiążącego ją z prawdziwą inteligencją. W Rosji śpiewa się tylko czastuszki, bo innych nie wolno. Te czastuszki, to sprośne i prostackie wiersze. Trzeba tu dać przykład kilku powszechnie śpiewanych, choć moja natura robi to z niechęcią:
Ja w kołchozie urodiłsia i w kołchozie moja mać,
Ja w kołchozie nauczyłsia ruskie diewuszki jebać.
Gdy trzy flaszki zaniosłem za wózek ,to pod wieczór było słychać:
Job twoja mać, zaczym sierditsja,
Zywot nam ni huja nie powirrnitsja.
My jebali nie propali,
My jebiom nie propajom,
Syfilisa my pojmali,
W poliklinokom pajdiom.

133

Nie będę przytaczał więcej, ale można śpiewać dwa dni bez powtarzania. Jeżeli jest ktoś, kto nie wierzy, niech wysłucha starszych ludzi.
Tam w Rosji są dwie kultury, jedna na użytek zewnętrzny, druga – wew-
nętrzny. Nawet każdy budynek jest podzielony na pół. Jedna połowa dla
klientów, druga dla więźniów. Normalny interesant nigdy się nie dowie,
że za ścianą jest inny świat.
Gdy wjechali do Pruszkowa, śpiewali: Wołga,Wołga,mać radnaja.
Śpiewali na przymus, choć ani słów nie znali, ani melodii. My,chłopaki,
wyśmiewaliśmy ich za ten śpiew i pokazaliśmy ,jak się śpiewa. Każdy
z nas znał tę piękną pieśń. Oni za wszelką cenę chcieli pokazać, że coś
umieją i że są spadkobiercami rosyjskiej kultury.
Na ławce w parku siedziały dwie kobiety. Zmęczony przysiadłem i ja.
Rozmowa kobiet: Żydówki swoje dzieciaki karmiły na siłę, łyżką wkła-
dając do ust. Tak było….Te dzieciaki, to miały brzydkie, grube tyłki…
Mnie chłopaka, zastanowiła ta rozmowa kobiet dostatnio ubranych.
Ja pamiętam brudne i w łachmanach – wtrąciłem. To prawda – skwapli-
wie podchwyciła pierwsza- bo widzisz, kawalerze, brud jest u nich
nakazem Biblii, ale głodnych, to pan nie mógł widzieć. Byłem
dzieciakiem,to nie pamiętam. Brudasów pamiętam. Żydzi byli
owrzodzeni…
Dalej nie słuchałem ,bo Bartosiak kiwnął ręką. Tę rozmowę zapamięta-
łem. Nie rozumiałem wielu rzeczy. Nigdy na oczy nie widziałem Biblii.
Żydów kiwających się przy modlitwie widziałem jeszcze w Dobrzyniu.
Wspominam to, aby zapytać, dlaczego maskowali się,chodzili w
łachmanach, a złoto leżało w szufladach? Ludzie opowiadali dziwne
rzeczy o Żydach, że potrzebują naszej krwi na macę, że zamordowanie c

134

chrześcijanina, to ulga w drodze do Mesjasza.
Spotkaliśmy się przy domu Włodarczyków. Stał tam Romek, Wiesiek
i Grażynka. Romek kończył zdanie: U nas w Będzinie też był pogrom,
a tu z bramy wyskakuje brzdąc z lagą i woła : pogrom Żydów.
O co chodzi: pytam z ciekawością. W Kielcach był pogrom, wielu jest
zabitych. Kiedy? Dwa dni temu, piszą o tym w gazetach.
Gazet w tych czasach nie kupowałem, ani nikt z mej rodziny,nie było na
to funduszy. Zacząłem kupować, gdy Agapit Krupka miał swoje przygo-
dy, później Anna Proletariuszka, Morderca dusz, Wrogowie. Były to
interesujące młodego człowieka powieści. W bibliotekach już tego
rodzaju książek nie było, zostały spalone.
Ktoś by pomyślał, że antysemita usiadł i niepochlebnie wspomina o Ży-
dach. To pomyłka. Każdy z Polaków podczas wojny był pewien, że ple-
mię germańskie zostanie wycięte. Po wojnie Niemcy zostali wzięci pod
opiekę przez Anglików i Rosjan. Widziałem to na własne oczy. Naród
polski w opiekę nie poszedł, a został wydany pod kontrolę Żydów i
spłynął krwią. Tu jest nasza różnica w podejściu do tych narodów.
Ludzie, którzy przybywali do kraju ze Związku Radzieckiego
opowiadali:
Zachodzi znajoma w Moskwie do urzędu, pokój wielki, biurko wielkie,
a za nim siedzi taki, ot, z takim nosem – tu ręką robi ruch koło swego
nosa, ale taki , co by wskazywał na nos krzywy i zwisający. Z początku
jako człowiek młody i nie wyrobiony politycznie, nie rozumiałem ,o co
tu chodzi. Chodziło o Żydów zasiadających w urzędach
komunistycznych.
Takich opowiadań słyszałem wiele. Dopiero w 1957 r. naświetlił mi spra
wę i wyjaśnił porucznik Radziwonka. Byłem w wojsku, z którego wy-

135

szedłem na wiosnę 1957. Odeszło wtedy z naszego pułku kilku
oficerów. Radziwonka wyliczał ich nazwiska. Przerwałem mu: Ten
Kwiatkowski to był aparat. Dlaczego oni? To byli Żydzi – szepnął mi do
ucha Radziwonka.
W tych gorących dniach października 1956 r. słuchałem codziennie ra-
dia Wolna Europa. Mówiła ona o wydarzeniach w Polsce, ale nigdy nie
mówiła o narodowości zwalnianych ludzi i to mam im za złe. O to mam
żal do tej rozgłośni. Jej też nie interesowało ,kto w Polsce rządzi.
W 1949 r w sierpniu byłem na kolonii w Wilczej, powiat Kłodzko.
Byłem jako wychowawca i byłem najmłodszym z wychowawców.
Kierownikiem był pan Pawłowski. Wilcza to maleńka miejscowość.
Kolonia objechała uzdrowiska, aby pokazać je młodzieży.
Pewnego dnia mieszkaliśmy jedną noc u chłopa. Wypadły imieniny jed-
nej z naszych kucharek. Dość głośno było w naszym pokoiku, dlatego
postanowiono zaprosić gospodarza. Gospodarz, owszem przyszedł, ale
przyniósł gąsiorek wina z czereśni. Z tej długiej nocy zapamiętałem
urywek rozmowy: Tu były amerykańskie czołgi – mówił gospodarz.
Tak – wymamrotałem- zdobyczne, w Zdrojach były dwa. Nie, ja mówię
o wojsku amerykańskim.
Jeżeli ktoś nie wierzy , niech sprawdzi. Ja byłem trochę wstawiony, pra-
wie sam wytrąbiłem ten gąsiorek. Inni winem gardzili, woleli wódkę.
Należałoby też sprawdzić słowa rybaka Borysa z Nowego Warpna, który
powiedział: Panie ,my już w czerwcu byli nad Wisłą.
Na tej kolonii już była nowa praca wychowawcza, praca socjalistyczna.
Uczono młodzież polityki, a więc nienawiści do narodów zachodnich,

136

którzy byli agresorami. Czułem się wyobcowany wśród wychowawców.
Uczyłem gimnastyki, bo miesiąc wcześniej byłem na kursie sportowym
w Kurnędzu. Wykształcenie miał tylko pan Pawłowski, oczytany byłem
tylko ja. Reszta, to była zwykła ciemnota od zwykłej roboty, ale w
pysku to byli gardłacze. Jechali na swych przedwojennych
chlebodawców,wyzywając ich od wyzyskiwaczy, kapitalistów,
lichwiarzy. Było to zwykłe dno społeczne, co wyszło ze swych spelunek
,melin,spod mostów, otrzymali władzę i starali się nie dopuścić do niej
mądrzejszych od siebie.
Ton pracy narzucali oni, a nie pan Pawłowski. Ja otrzymałem miejsce
wychowawcy, bo nie miałem wykształcenia. Dzięki nieuctwu
otrzymałem pracę! Pracowałem ,otrzymywałem zawsze, do czasu
uzyskania dyplomu.
O, to już było co innego!”Idzie ten świński inżynierek!Dzisiaj jest dwu-
dziesty ósmy, patrzcie w jakim strachu jest inżynierek, boi się
wymówienia. Skąd ta gnida ma na taką marynarkę, przecież zarabia
połowę tego, co my?”Z taką pogardą spoglądała grupka robotników na
przechodzącego kierownika. Te odzywki są prawdziwe.
Będąc na kolonii w Wilczej miałem możliwości zwiedzania tamtejszych
terenów. Rolnicy nie mieli koni, wozy ciągnęły krowy. Pól uprawnych
nie widziałem, owszem, małe łączki, takie na przykład jak nasza,na któ-
rej stał obóz. Uzdrowiska zaciekawiły mnie, bo byli tam ciekawi ludzie.
W rękach trzymali kubki z wodą zdrojową i chodzili po alejach, kiedyś
zapewne czystych, teraz zaśmieconych i zarośniętych. Ludzie wyglądali
jak lunatycy. Milczące postacie z cudownym kubkiem w ręce,z którego
co dwadzieścia kroków popijali wodę. Przypatrywałem się im i
dziwiłem się. Osobiście nabrałem kubek wody i wypiłem spragniony.

137

Tu wszystkich coś opętało.
Na skwerku zaczęła ustawiać się orkiestra, aby grać. Ustawiali się
długo, bardzo długo. Wyczuwało się, że nie chcą grać. Wydawało się,że
zaraz zostaną odwołani do innej pracy. Chciałem posłuchać, usiadłem na
składanym metalowym krześle. Czekałem, nie śpieszyło mi się. Zbiórka
miała być za cztery godziny. Po godzinie muzykanci nareszcie zagrali.
Nie wiedziałem o ich metodzie opóźniania gry w oczekiwaniu na
napiwek.
Solista śpiewał:”Morze ,szumiące,kołyszące szumem fal,cudne jak baj-
ka”. Ludzi na krzesłach przybywało. Bez kubka byłem tylko ja.
Niektórzy mieli po dwa. To chyba jakaś choroba – pomyślałem i
odszedłem od towarzystwa. Melodia była nowa. Spodziewałem się
przedwojennych melodii, a tu masz! Dostałem pstryka w nos. W
ubiegłym miesiącu na kursie sportowym śpiewano też nowe melodie,
żadnej polskiej.
Po alejach spacerowały niewiasty , po dwie lub trzy. Czekają,żeby je po-
derwać – zauważył Pawłowski. Trzeba złapać taką, aby mieć z nią jak
najmniej roboty – wtrącił lekarz. Popatrzyłem na kobiety i zdziwiłem się
rozmowie moich kolegów. Jak to? Tak schludnie ubrane kobiety, takie
ładne i to byłyby k…? Nie mieściło mi się w głowie. Znałem dziwki
z wyglądu w Pruszkowie, były to ulicznice. Jedną z nich i jej kumpli ob-
łożyłem kijem. Chyba się mylą! Z niechęcią zacząłem przypatrywać się
facetom siedzącym ze mną. Ale co to? Ta trójka kobiet już trzeci raz
przechodzi koło naszego stolika, a Pawłowski całkiem wyraźnie
wskazuje puste krzesło. Panny na moment przysiadają, a Pawłowski
mówi do mego ucha: Trzymaj się! Wyglądało na to, że wszyscy od
dawna znają się, żadnych słów, żadnych uśmieszków. Szeroko ze
zdumienia musiałem mieć otwarte oczy,bo ta co została,mówi:

138

Masz ładne oczy, chłopcze.
Parę groszy w kieszeni było za pracę wychowawcy. Kolonie kończyły
się jutro. Do takiego kurortu więcej miałem nie jechać. Trzeba wracać
na:
Zielone łąki, na grochowe strąki.
W latach osiemdziesiątych na grób mego ojca wyjeżdżałem przeważnie
z synem Stanisławem. Nigdy nie klękałem. Stałem i oddawałem się roz-
myślaniom: Jak to było? Jak to było, gdy ojciec miał dwadzieścia lat.
Do Stasia stojącego obok mnie mówiłem krótko i cicho, bo jakoś swo-
bodnie mówić nie mogłem. Twój dziadek, synku, był legionistą, brał
udział w walkach, o których niewiele wiem. Na pewno brał udział w bit-
wie warszawskiej i nad Berezyną, gdzie dostał dwie kule w bok. Cześć
jego pamięci! Stasio stał zawsze z boku milczący i za każdym razem
wysłuchiwał mego przemówienia bez słowa. Stasio zawsze był
małomówny tak samo jak jego dziadek. Twardy i uparty chłopak. Taki
sam był chyba w młodości jego dziadek, też Stanisław. Próbuję w
wyobraźni odtworzyć sytuację, gdy w lasach działyńskich ćwiczył z
karabinem, pod strachem,bo zaborca miał dobrych donosicieli,
odpowiednio wykształconych i wychowanych. O dziwo, gdy zamykam
oczy widzę film. Czy to sen, czy jawa? Taśma wolno się kręci. Chłopcy
wymykają się z folwarku. Każdy osobno. Spotykają się w dąbrowie,
która istnieje ,a której nie widziałem nigdy w życiu. Maszerują
dwójkami dalej w las. Jak najdalej od siedzib ludzkich,by odgłosy
strzałów nie dochodziły do zabudowań .Każdy rwie się do karabinu.
Znam to uczucie, gdy ma się szesnaście lat. Miałem
przecież własny karabin. Z radością repetuje się, a potem szuka gałęzi,
którą bierze się na muszkę i wolno pociąga za cyngiel. Nim karabin

139
drgnie i uderzy w dołek strzelecki, widać jak trafiona gałąź odpada.
Mam zamknięte oczy i widzę swego ojca jak radośnie krzyczy i
wskazuje lewą ręką spadającą gałąź. Prawą ma zajętą, bo trzyma w niej
karabin. Chłopcy z uznaniem pokrzykują. Każdy z nich dobrze strzela
,każdy z nich jest ochotnikiem. Z nich powstała armia, która pobiła
zaborcę.
Zastanawiam się przez całe lata, dlaczego młodzież chłopska nie poparła
walki wyzwoleńczej .Nie ma na to odpowiedzi. Chłopi dopiero w czasie
II wojny stanęli w Batalionach Chłopskich. Stasia nie wtajemniczam
w zawiłe losy dziadka. Był dobrym ojcem, ale ciężar, jaki dźwigał ,przygniatał go, nie mógł go unieść. Nikt nie mógł tego zrobić ,nawet
Heros. Tym ciężarem były dzieci, dziewięcioro. Film rwie się. Jednak
znowu go widzę.
Siedzą po strzelaniu przy ognisku. Czekają, aż upieką się kartofle.
Ojciec na prośbę towarzyszy zaczyna śpiewać: Góralu,czy ci nie żal
odchodzić od stron ojczystych, świerkowych lasów i hal? Wiem,że film
jest dobry, bo w Zdrojach byłem w towarzystwie, gdzie ojciec zaśpiewał
tę pieśń.
Śpiewał pięknie. A później chłopcy śpiewają razem. Śpiewają różne
piosenki wojskowe, ale są i rubaszne. Śmiechu jest co niemiara. Jak
piękne jest życie,gdy ma się szesnaście lat. Jeszcze wojny nie ma ,a oni
tu w lesie ćwiczą. Każdy z uśmiechem opowiada przygody z
dziewczynami.
Do wieczora daleko, można poskakać przez ognisko. Czas walki może
przyjdzie już niedługo. Tajemnicą okryte są te ich wycieczki do lasu. Nikt o nich nie wie, ani matka,ani ksiądz. Jeszcze śledzę młodych chłopców.
Tylko jednego z nich znałem ,no,dwóch,bo i Józefa Kwiatkowskiego,
brata przyszłej teściowej ojca. Terenów ćwiczeń nie znam ,a opisuję je. Mój czas się zbliża,gdy nadejdzie stanę w szeregu obok ojca.

140

Według rozkazu wydanego pod Nowym Sączem przez
brygadiera:Stańcie do lewego ramienia walczących!
To prawda, że ja nie doceniałem ojca za życia. Przepraszam,tato! Tak
naprawdę, to dopiero teraz będąc przy schyłku życia, widzę ile był wart.
Późno, lepiej późno niż wcale. Na cześć mego ojca: Cip,cip! Ta joj!
Cip,cip! Ta joj!Cip,cip!Ta joj,ta joj,ta joj! Jest to okrzyk harcerski na
cześć autorytetu.
Kiedy kwitną akacje? Na pewno wówczas, gdy można się kąpać i gdy
chłopcy szkoły ogrodniczej maszerują nad Zielone. Po lekcjach postana-
wiamy iść się kąpać. Idą: Lutek, Marian ,Kazik, Benedykt i inni. Wraz z
nami idzie facet z biura, dobry pływak motylkiem i dobry kompan.
Idziemy pod górę szosą betonową. Brzegi jeziora są strome, urwiste. W
jednym miejscu jest maleńka plaża, szeroka na trzy metry, ale jest. Płynę
żabką rozgarniając wodę na boki. Wody nie widać, bo białe płatki
pokryły puchem toń. Woda jest ciemna, bo światło nie przechodzi przez płatki.
Jak tu pięknie! Brzegi strome, wysokie na trzydzieści metrów. Zbocza
obrośnięte akacją. Wysoko na krawędziach sosnowy las. Słonko tylko w
południe dochodzi do tafli wody i ogrzewa ją. Jest zielona, ale głęboka.
Niektórzy twierdzą, że drobne zadrapania łatwo goją się. Mam jedno
zdjęcie zrobione, gdy skaczę do wody, a w wodzie jest Tomek.
Młodzież ze szkoły często kąpie się w Odrze, coś jednak popychało nas
nad Zielone. Chyba urok i cisza. Obok jeziora był budynek wczasowy,
ogromny ,obecnie zrujnowany. Tu kiedyś za moich chłopięcych lat kwit-
ło życie, gwar tłumów,ciżba, obecnie pustkowie. Jak zły człowiek może
zmienić upodobania ludzi, przymusić do wyrzeczeń, zmienić przyrodę.

141

Myślałby kto, jak błogi otacza go czas. Jaka przyjemna cisza, brak
zadrażnień z sąsiadami. Tak jest dopóki nie nadejdzie dziwny czas. Czas
,gdy umysły ludzi zaczynają się burzyć, a lęk o siebie zaćmiewa umysł.
Wówczas biorą siekiery i wycinają ludzi za to, że mają niebieskie
oczy,tak było na Ukrainie w 1942 r. Za to, że mają innego Boga, tak
było w Bośni; za to,ż e umieją czytać, tak było w Kambodży. Wycięto całe narody.
Wracają moje myśli do czasów sprzed pięćdziesięciu lat .Ile złego lu-
dziom, ulicom, budynkom,przyrodzie ,ziemi, wyrządzili ludzie spod
znaku sierpa i młota. Krzyczeli: Jesteśmy sługami ludu!Podzielili na
trzy klasy i zawołali: Między wami jest walka! Robotnik ma
nienawidzić urzędnika i donosić na niego, bo na niego pracuje. Jakie
intencje mieli ci, co podzielili naród na klasy. Doświadczenie lat
dowodzi, że chodziło o likwidację fizyczną, a więc wycięcie dwóch
klas. Dokonano tego w Sowietach.
Ta myśl przewodnia zawarta jest w Biblii. Stąd wycinanie plemion sło-
wiańskich i indiańskich pod pretekstem, że są poganami i nie są stworze
ni przez Stwórcę,tylko diabła .Który Bóg jest mocniejszy?
Jehowa,Allach, Budda, Światowit? Chyba ten, co jest mocniejszy w
broni. Fanatyczny zakonnik wierzy w to, że kobieta urodzi rodzaj ludzki
bez udziału mężczyzny, tak jest napisane w Biblii. Biblię napisał sam
Pan Bóg. Wiem, że bóg Świętosław służył swemu ludowi przez pięć
tysięcy lat. Widocznie służył dobrze, kiedy naród wolał zginąć wraz z
nim, niż służyć obcemu. Nieprzejednanych pogan własnoręcznie
zarzynali biskupi. Przypominam sobie coś podobnego z Żeromskiego.
Opisywał on rzeź Ormian w Baku po wkroczeniu tam czerwonych.
Najsprawniej zabijali komisarze,ci co byli obrzezani. Gdy stanęło nas
trzech przed straganem z kwiatami,każdy wybrał inne.

142

Ja- konwalie, Lutek – goździki, Kazik – róże. Było nas trzech,
a każdy miał inne upodobania. Jeżeli do władzy dojdzie taki, co lubi
tylko oset ,pokrzywę, błoto, brud, lubi brudne ubranie robocze, to jak
będzie wyglądał kraj?
Stanął przede mną robotnik w ubraniu zasmarowanym tak, że drelich
był sztywny, jak blacha i dziurawy. Stanął i pyta: Panie kierowniku,czy
tak ma chodzić robotnik? Ten robotnik w tym ubraniu chodził już piąty
rok. Nigdy go nie prał .Przez pięć lat otrzymał trzy nowe ubrania, które
sprzedał na wódę. Co kwartał otrzymywał mydło i proszek.
Odrzekłem:Panie Kaczmarek,z kogo pan robi wariata?
Kto może być wzorem dla komunistów? Może to być osobnik nie czyta-
jący i nie piszący, np.Dżambuł Dżambajew, pastuch, co układał pieśni
o Stalinie i śpiewał nie tylko w polu ,ale i ludziom na zebraniach.
Pamiętam ludzi wykształconych muzycznie, zdychających z głodu,z
powodu braku angażu. A tu masz, zatrudnienie jest, bylebyś był cepem.
To oni są prekursorami najbardziej humanitarnego ustroju na świecie.
Ustrój ten niczym granit przetrwa wieki, a jeżeli już dopuszczali do
głosu ludzi wykształconych, to zależnych od siebie .W powieści
„Doktor Żywago” jest napisane, że podpalaczem wiosek i rezunem
chłopstwa był Żyd,co nazwisko na czas rzezi zmienił na rosyjskie, aby
do historii weszło ,że to Rosjanie wycinali ludzi. Kilka ważnych
opowiadań świadków zamieściłem.
Pamiętam afisz wywieszony na domach w Zdrojach:Zapraszamy na og-
nisko z okazji święta Wojska Polskiego 12 października w 1946 r.
Ognisko było nad brzegiem rzeki ,tuż koło zwalonego mostu kolejowe-
go. Zostało zorganizowane przez oficerów politycznych w mundurach

143

wojska polskiego. Mówili po polsku. Słuchałem ich ja, Tomek i jeden
chłopak. Więcej nikogo nie było. Jak tu porównać ten wiec z wiecem
w Pruszkowie w sierpniu 1945 r. Ludzi była masa. Orkiestra kolejowa
grała jakieś dziwne melodie jedną po drugiej. Nie znałem ich,ale
instynkt mówił, że już je kiedyś słyszałem, jakieś swojskie, znajome
melodie.
Nad Odrą w 1946 r. pan oficer długo mówił do nas o zdrajcach narodu,
o wyzysku człowieka przez człowieka. Nie rozumieliśmy o czym on
mówi. Ognisko było tak wielkie, że Tomek wyjął z rozporka, co trzeba i
zgasił ten bolszewicki ogień. Politruków już dawno nie było. A jednak to
politruki rządzili krajem przez 40 lat. Jak to mogło się stać? Tam ,gdzie
się gam pamięcią,chcę opisać, aby wnuki miały skąd zaczerpnąć trochę
prawdy, o tym, co było.
Deportowani w głąb Rosji donoszą, że tamci dygnitarze, to
zboczeńcy,co z lubością patrzyli na upodlenie jeńców. Pan Toczek pisze
we „Wspomnieniach syberyjskiego zesłańca”, że już w Sielcach w Rosji
następowała zmiana nazwisk z żydowskich na polskie. Podstawa do
zmiany była,ale skąd brać nazwiska? Nazwisko nadawała NKWD,a
brała je z teczek rozstrzelanych oficerów polskich.*
W Berlinie w 1951 r. był zlot młodzieży całego świata. Ma się rozumieć
młodzieży demokratycznej, postępowej,a więc takiej, która popiera koł-
chozy, łagry, ustrój robotniczy, zakaz zgromadzeń powyżej trzech osób
i jest przeciwna własności prywatnej, a także przeciwna religii. Z taką
młodzieżą miałem się spotkać.
Pracowałem wówczas w Domu Harcerza w Koszalinie. Gromadnie po-

144

szliśmy na dworzec kolejowy, by przywitać przejeżdżający z Gdyni do
Berlina pociąg. Stoi nas grupka na peronie, już słychać gwizd
nadjeżdżającego pociągu, gdy podchodzi do nas Morawski i mówi:
Pozwólcie tu na stronę. Mówił to nie do wszystkich, a do osób objętych
jego wzrokiem.
Podszedłem i ja ku niezadowoleniu Morawskiego. Słuchajcie – mówi -
bądźcie ostrożni, bo wśród nich jest dużo agentów i dywersantów, nie
wygadajcie się z czymś i tak czule ich nie przyjmujcie. Zdziwiło mnie to
ostrzeżenie. Jak to agenci? To ja jak jechałem na obóz harcerski,to też
byłem agentem? Na kurs sportowy, to byłem agentem? O co tu chodzi?
Niedługo nadjechał pociąg. W oknach pełno uśmiechniętych
twarzy,głośno nas witających. Po zatrzymaniu się pociągu otworzyły się
drzwi wagonu, wysiadł facet i mówi: No ,możecie sobie trochę
porozmawiać. Jak to? To od pana zależy?- pomyślałem sobie. Na
peronie nie było nikogo oprócz naszej garstki. Peron został zamknięty i
pilnowała go milicja. Nas było około dwadzieścia osób. Z wagonów
wysypało się kilkaset osób. Wszystko dostatnio ubrane. Mają pieniądze
na ubiory – myślałem. Ja chodziłem w porciętach po starszym bracie.
Rozmowy żadnej nie było, przeszkodą był język. Wsiedli i pociąg
ruszył. Z okien wagonów wystawały ręce, po dziesięć i więcej. My
wyciągnęliśmy ręce, które obijały się o ich dłonie . Jakiś krzyk przeszedł
po peronie i wagonach. Krzyk bez treści, krzyk niespełnionych obietnic
i poczynań, krzyk cichy, lękliwy. Pomruk raczej. Niedawno słyszałem
taki krzyk i takie machanie rękoma. Stanęło mi to przed oczami na
ułamek sekundy.
Jechałem z mamą do Białej Podlaskiej, ludzie w przedziale nagle spoj-
rzeli w okno, ja też. Wzdłuż toru przy nasypie leżało kilka osób,tak

145

rzadko, co kilka metrów. Grupa około sześćdziesięciu osób stała
otoczona przez kilku Niemców. Mieli podniesione ręce ponad głowę
,machali nimi i krzyczeli. To mógł być krzyk, jęk,a mogło być wycie.
Co chwila ktoś w grupie przewracał się. To Niemcy strzelali. Te
podniesione ręce i to wycie mam w oczach i uszach ,tak jakby to było
dziś. Pociąg jechał dalej i trudno było jednemu człowiekowi wiele
zauważyć, ale ludzie w przedziale uzupełniali obraz: Byli starsi ludzie…
Młodzi też, widziałem dziewczęta…Chyba partyzanty…Nie, to byli
Żydzi…
Moja mama też uważała, że to byli Żydzi i nie raz o tym wspominała.
Skojarzenie, jakie mi przyszło do głowy, szybko minęło. Ci w pociągu
przecież wiedzieli, co się u nas dzieje. Widziałem w ich oczach i gestach
współczucie. Po opuszczeniu dworca nie było między nami żadnej dys-
kusji. Każdy krył w sobie wrażenia i nie próbował ich ujawniać. Spotka-
nie dwóch światów okryła tajemnica na pięćdziesiąt lat. Byłem tam ja,
Lutek i Tadek Zawistowski. Dziwiło mnie to, dlaczego statek wyładował
ich w Gdyni. Dlaczego nie w Szczecinie? Dlaczego nie jechali
pociągiem z Paryża,Hamburga? Nikt nam tego nie wyjaśnił,a uczył nas:
W odpowiedzi na atomy, budujemy nowe domy. Była to formacja
polityczna zakłamana, zawistna i antynarodowa. Była to formacja
głupia. Czy myśleli,że my niczego nie zauważymy? Nie byli ubrani
przecież w kufajki, kombinezony robocze ,dziurawe buty, ani nóg nie
mieli owiniętych szmatami.
Twarze mieli uśmiechnięte, ogolone, dziewczęta śliczne. Ubrane to
towarzystwo jak za dobrych przedwojennych czasów. Przecież u nich
też była wojna, bieda powojenna, tak samo jak u nas. A jednak szybciej
się wydźwignęli z ruin i zniszczeń. Nie wypadało prosić o koszulę czy buty.

146

Nie po to było to spotkanie. Krótkie jak błyskawica, ale ślad pozostał na
całe lata. Było to sześć lat po wojnie. Kto u nas elegancko ubierał się,to
od razu okrzyknięto go : bikiniarz!Wywieszano afisze, plakaty, na
których pokazywano przyzwoicie ubranych ludzi i przezywano
bikiniarzami.
Wyśmiewano ich. Tylko ubranie robocze było popierane i w takim nale-
żało chodzić po ulicach, do kina. Milicja łapała i rozbierała z eleganckiej
marynarki, a jak miał za długie włosy, to mu obcinano. Faszyści obcinali
pejsy Żydom , a komuniści Polakom włosy.
Czy można ludzi odzwyczaić od śpiewu? Można, ale może tego
dokonać tylko bandyta, co może oznaczać, że komunista jest bandytą.
Wiesław Kilar pisze o swym pobycie w Oświęcimiu, o grupie
holenderskich Cyganów, wesołych i rozśpiewanych. Po trzech dniach,
gdy blokową została osławiona Steńka, śpiewy ustały i nigdy już nie
zaśpiewają, bo nie żyją.
Ja, wspominając o rozśpiewanym narodzie polskim, daję przykład,że tak
było, a przestało być, gdy obcokrajowcy zaczęli rządzić w Polsce po
1945 roku.
Ten Wiesław Kilar przeżył Oświęcim, to on zawiadomił nas o potwornej
zbrodni i o tym, że piece obsługiwali Żydzi. Jeden człowiek mi opowia-
dał: Siedziałem prawie miesiąc, co trzeci dzień mnie bili. Wołałem
,panowie, to jakaś pomyłka, jestem Polakiem. Jak usłyszeli ”jestem
Polakiem”, to bili jeszcze mocniej. Po miesiącu zauważyłem to. Było mi
wszystko jedno i chciałem, żeby jakimś ciosem dobili mnie. Wołałem
coraz głośniej „jestem Polakiem”, a oni z coraz większą wściekłością
wpadali i mocniej bili. Nie mogłem umrzeć i nie mogłem żyć. W
Polsce,w polskim więzieniu bity byłem przez Żydów o polskich
nazwiskach. Mówiących po polsku, wychowanych i wykształconych w
polskich szkołach i tych , co w Polsce dorobili się majątków.

147

Tak było,proszę pana.
Jak dziwne są koleje losu rodziny. Utraciłem już czterech braci. Żaden
z nich nie umarł na skutek wybuchu. W Zdrojach od samego początku
kręciliśmy się wśród materiałów wybuchowych. Deptało się po nich,
przewalało, rozbierało,wysadzało i patrz, człowieku, nikomu nic. Łaziło
się całe lata po ruinach, zakamarkach, piwnicach, poddaszach i nic.
Śmierć opracowywała własne scenariusze. Janusz zmarł na
zaawansowaną gruźlicę. Płuc już nie miał. Tadeusza chwyciła dziwna
choroba. Byłem u niego w szpitalu dwa miesiące przed śmiercią, nic nie
wskazywało na tragedię.
Wydawało mi się, że należy wykonać jakiś ruch i zdjąć chorobę, nie
wiedziałem , jaki to ruch . Dotknąłem jego nogi, całkiem normalna. A
jednak on jest chory. Co jest, do diabła? To białaczka. Skąd mogło się
takie świństwo przyplątać? Czy to zaraźliwe? Zmarł w 1952 r., miał
piętnaście lat.
Chorował około pięciu miesięcy. Następny Bolesław Andrzej. To już do-
rosły mężczyzna, ojciec dwojga dzieci. Jego choroba trwała cztery lata,
zanim ją zauważono. Po rozpoznaniu choroby/stwardnienie rozsiane/
męczył się jeszcze cztery lata. Zanikały mięśnie. Widok jest straszny.
Gdy zobaczyłem go w stanie zaawansowanej choroby, zapłakałem. Był
najlepiej wychowanym i wykształconym dzieciakiem. Ukończył
politechnikę.
Skąd taka choroba? Dlaczego on? Najmłodszy z nas. Żegnając się z jego
żoną, powiedziałem: Musisz dźwigać ten krzyż. Ona dzielnie stała przy
nim do końca jego dni, dni strasznych. Pozostawił po sobie córkę Sławę
i syna Radosława. Zmarł w 1987 roku. Następny , czwarty, umarł ze
zgryzoty. Winił siebie za śmierć żony. Chorobę nazwano – udar mózgu.
Co za dziwna choroba? Zmarł w 1994 r.

148

Miny talerzowe płaskie leżały obok chodnika, brało się je i puszczało
z ręki. Obracały się po nierównym terenie i toczyły dobre dziesięć met-
rów. Każdy patrzył na nie z pogardą. Do rzutu dyskiem nie za bardzo się
nadawały, bo średnica za duża i za ciężkie. Aby łamać moją rodzinę
należało opracować specjalne środki. Kostucha wykonała to znakomicie.
Ciekawe, jaki los mnie czeka? Będzie to rarytas i majstersztyk, by zmylić ofiarę, wszak już byłem w jej szponach i wywinąłem się. Tymczasem mam się na baczności i wspominam:
„Na skraju alej, mignęłaś mi wśród tłumu, tak jak cień
I to był w życiu mym pamiętny dzień.
Poszedłem dalej, lecz z sercem jakichś dziwnych drżeń.
Oczarowały mnie błękitne oczy twe.

To śmieszne, raz spojrzeć i zakochać się.
To śmieszne, a jednak smutno mi i źle.
I choć od wtedy minął długi czas
Ja wierzę, że spotkam cię jeszcze raz.

Błękitne oczy spojrzeniem jednym spokój skradły mi
I od tego dnia, mój świat to ty.
Żal serce ściska, tęsknotą wszystkie chwile tkną
Błękitne oczy , co noc mi się śnią.

To śmieszne , raz jeden spojrzeć i zakochać się.
To śmieszne, a jednak smutno mi i źle.

149

I choć od wtedy minął długi czas,
Ja wierzę wciąż, że spotkam cię jeszcze raz.

Błękitne oczy spojrzeniem jednym spokój skradły mi
I od tamtego dnia mój świat,to ty.
Żal serce toczy,tęsknotą wszystkie chwile tkną
Błękitne oczy,co noc mi się śnią”.

To piosenka Chóru Dana. Prawdopodobnie nikt już ich nie usłyszy. Ja
byłem jednym z tych ,którzy tańczyli przy tej melodii z przytuloną
dziewczyną pięćdziesiąt lat temu. Twórca tej melodii z wygnania nigdy
nie wrócił do Polski. Dedykuję te słowa swojej żonie Halinie z Wojcie-
chowskich. Młodej zgrabnej dziewczynie, co poszła ze mną na kraj
świata. Nasze ręce ledwo się spotkały, a już wiadomo było, że na
zawsze. Pół wieku temu można było nakręcić patefon i posłuchać.
Czy ja nie mogę opisać swego snu? Mogę i robię to.
„Nie znana twa mowa, ani pan, ani apostoły , ani mędrce w piśmie
biegłe nie posługiwali się tą mową, bo plugawa. Język masz krzyżem
podwieszony, abyś nie użył go w ostatniej godzinie i nie zdążył
wymówić imienia bałwana o trzech głowach. Nie jesteś stworzony na
podobieństwo pana i nie będziesz używał nasienia swego do rozrodu,
tedy ucięte ci będzie przyrodzenie i pokazane. Jesteś ostatni przy życiu,
bo niewiasty twoje rozprute, a męże powieszone. W męczarniach na chwałę imienia pańskiego skonasz w obecności sług bożych,alleluja,alleluja.
Na gliniastym klepisku leży starzec, ręce jego wyciągnięte do tyłu za

150

głowę, a na nich stoi dwóch mnichów. Język wyciągnięty, przebity mie-
czykiem opartym o wargi. Język wykonywał ruchy i drgał jeszcze, ale
głosu nie było słychać .W kroku na przyrodzeniu stał opasły biskup
i przestępował z nogi na nogę ,patrząc chciwie w oczy leżącego, jaki ból
tam można zobaczyć. Czym większy ból okaże męczony, tym większa
chwała pana. Było to po przejściu Drwęcy w 1146 r. ”Taki miałem sen.
W kilka dni później zapowiedziałem synowi: Wasze dzieci niech noszą
imiona słowiańskie.
Pamiętam, że od lutego do września 1945 r. odbudowywano elektrownię
pruszkowską. Nim opuściłem miasto, już prąd był w każdym domu.
Mury rosły w oczach. Nikt nie był oczarowany postępem robót,nikt
tego nie komentował i nie zachwycał się. To było normalne. Za komuny
niektóre budowle stawiali pięć, a nawet piętnaście lat. Myślałem, że już nie dożyję czasów, gdy budować się będzie w normalnym tempie. Pomyliłem się.
Oto jest rok 1996 i na moich oczach rosną budynki w trzy miesiące. Tak
jak za dawnych czasów. Nie ma komuny , to i nie ma obiboków na pań-
stwowym żołdzie .To może być dowodem, że moja wyobraźnia o daw-
nych czasach jest prawdziwa. Uśmiecham się i jestem szczęśliwy. Nie
podam fałszywych wieści z odległych lat, lat szczęśliwych.
Była taka książka – romans, napisana kursywą. Czytało się jak
rytmiczną prozę. Młodzież Liceum Pedagogicznego w Świdwinie przepadała za nią.
Co za styl! Mówił to Władek i Piotrek. Czytało się płynnie, bez
przystanku. Treść była o miłości dwojga dobrze wychowanych ludzi.
Wszystkie takie książki zostały spalone. Ta jedna jeszcze po cichu
błąkała się wśród ludzi. Najgorsze jest to, że nie pamiętam autora i tytułu.

151

Późniejsze książki nie były tak interesujące i siedziało w nich zło:
zawiść, chęć odwetu, chęć pozbawienia sąsiada spodni i domu. Gdzie
jesteś, miłości? W miłości narody były wychowywane od wieków. Nic
nas nie dziwiło w tej książce, pociągała i zachwycała. Zły zniszczył
wszystko. Pozostała pamięć i ona jest zobowiązana do przekazania
potomnym tego, co zostało w naszej świadomości. Tak też czynię.
Pragnieniem moim jest, aby dzieło przeze mnie rozpoczęte dalej
prowadzili synowie i wzbogacali wspomnieniami.”Bo walka o wolność,
gdy raz się zaczyna, z dziada na ojca,z ojca przechodzi na
syna”.Wspomnienia mają być prowadzone z obowiązku. Następne
pokolenia będą miały przyczynek do dumy. Nikt
nie podda wątpliwość rodowego pochodzenia. Wiadomo przecież,że
każdy może przyjąć nazwisko,jakie chce. Wiadomo o Joselu
Fleichfarbie, kacie Polaków. Zamordował około trzech tysięcy
partyzantów. W Polsce nosił nazwisko Józef Światło. Krążyło w
towarzystwie takie powiedzonko: ”Pokonamy zbira, co się wciąż
przebira. Nazwisko też zmienia do długości cienia”.
Człowiek młody jest niedbały i nie docenia swych bazgrołów z lat szkol
nych i młodości. Często opisywałem różne przeżycia swoje i innych. Zeszyty te utraciłem.
Teraz przypominam sobie, że opisałem zamek w Pęzinie. Byłem tam na
wykopkach jesienią 1949 r. Zamek był pusty, żadnych mebli. Ściany po-
mieszczeń były świeżo otynkowane. Jeszcze nie pobielone. W piwnicy
stały trumny blaszane. Blacha rozdarta. Zwłoki kobiety w bawełnianych
pończochach leżały poturbowane .Ktoś czegoś szukał. Widocznie nie
miał na flaszkę,bo przecież nie na chleb . Z pogardą patrzyłem na kole-

152

gów wymieniających głupie uwagi i ich głupie śmiechy. Ja szukałem
czegoś innego. Do nieboszczyków odnosiłem się z szacunkiem.
Szukałem na ścianach i trumnach znaków z przeszłości. Chciałem
znaleźć orła piastowskiego lub biało-czerwoną szachownicę, jaką
widziałem na zamku w Szczecinie. O historii widocznie miałem trochę
więcej pojęcia niż moi koledzy. Przypuszczam również, że miałem
wrodzoną polskość.
Trumien było sześć, wszystkie rozbite. Jedno jest pewne, że były to
trumny wewnętrzne,bez wzorów i napisów, z blachy cynkowej.
Zamczysko podobało mi się, co tu dużo gadać, chciałbym być jego
panem. Taka okazja nadarzyła się czterdzieści pięć lat później. Zamek
można było kupić, tylko w kieszeni było pusto. Tam też zauważyłem
amerykańskie ciągniki, leżące w pokrzywach w trzy lata po ich
otrzymaniu. Tak klasa robotnicza dbała o swój sprzęt. Chłop na
piętnastu hektarach ciągnik eksploatował 25 lat. I co tu mówić o
wyższości ustroju socjalistycznego nad naturalnym. Nieraz dziwiło nas,
młodych ludzi ,gdzie są te transporty ciągników widziane na
przejeżdżających wagonach. A tu masz, są w pokrzywach jako złom.
Tam też ,w Pęzinie,zauważyłem,czym się zajmują robotnicy. Nigdy nie
byłem przez dwa tygodnie tak blisko fizycznie pracujących. Uwaga!
Pochodzę z wielodzietnej rodziny robotniczej! A więc oprócz ośmiu
godzin przebywania w pracy, podczas których trzy godziny wałęsali się,
dyskutowali w małych grupkach i pili piwo, cztery godziny pracowali,
ciągle mrucząc coś pod nosem, ostatnią godzinę stali zwróceni w stronę
sklepu; następne osiem godzin pili wódkę, częstując się nawzajem. Trzecią część doby czochrali się z kobietami, wyzywając i bijąc je.

153

Całą noc kobiety uciekały z jednych budynków do drugich, aby zaznać
nieco spokoju, ale myliły się ,bo i stamtąd uciekały do naszych
uczniowskich kwater. Osiem godzin z następnej doby próbowali spać w
pracy. Wrodzone lenistwo i zmęczenie nie pozwalały na nic. Nie myli
się, więc śmierdziało od nich na trzy metry. Ginęli jak muchy, ucinało
im ręce i nogi, ciągniki przejeżdżały śpiących w bruzdach. Oni czekali
na zebranie swej partii, aby użalać się na swój los.
Ojciec był oczytany i dużo wiedział, nie był pijanicą. Jak niepodobny
jest robotnik do robotnika. Tam w Pęzinie spotkałem się z robotnikami ,
którzy nie czytali, nie pisali, wiecznie kłócili się między sobą i bili się.
Dziwili się dlaczego żona śmierdzi, jak wraca do domu. Pod władzą
takiej klasy naród polski żył przez pięćdziesiąt lat. Na zebraniu załogi w
Pęzinie byłem raz jako protokolant. Pamiętam zdanie wypowiedziane
przez kierownika gospodarstwa. Był to człowiek około
pięćdziesiątki,niski i otyły. Brzmiało ono: W tym roku załadowaliśmy i
wysłaliśmy sześć wagonów zboża.!Z radosnym uśmiechem patrzył na
twarze obecnych.
Według niego był to wyczyn niezwykły, bo przecież w życiu nie widział
takiej ilości zboża. Wiem, że stary Bartosiak codziennie jeden wagon
zboża przywoził ze stacji do młyna Szymańskiego. Obracał cztery razy
swoją dwukonną platformą. Mnie to nie zdziwiło i nie wykrzywiłem
twarzy w uśmiechu poparcia. Dziwiło mnie to, że nie poruszono sprawy
nocnych krzyków i awantur. To samo gospodarstwo w 1975 roku łado-
wało dwieście wagonów. Czytelnik może porównać wydajność pracy
załogi,bo nie pola.
Te wyjazdy na wykopki były formą przymusu i wyzysku ludzi przez no-

154

wą generację polityczną. Nikt nikomu nie płacił za wykopki. Młodzież jedynie mogła ulegać degeneracji po nocnych wyczynach klasy robotni-
czej.
Pewnego wieczoru powstał szum w naszej kwaterze.”Bandyci napadli
na gospodarstwo!”.W ten sposób krzyknęło dwóch chłopców wbiegają-
cych na kwaterę. Wszyscy wpadliśmy w popłoch. Kryć się nie było gdzie , chyba pod łóżka. Było słychać krzyki: Gdzie te k…. pochowały się?!
Po przymusowych wyjazdach na wykopki przyszedł przymus pracy
w szeregach SP, czyli Służby Polsce. a także w karnym wojsku w
kopalniach i pegeerach. Było to OTK, czyli Obrona Terytorialna Kraju.
Ktoś za darmo musiał pracować za klasę robotniczą. Za wszelką cenę
należało w krótkim czasie wykazać wyższość nowego ustroju nad
poprzednim.
Przypominam sobie opowiadanie pana Stanisława Chrząszcza. Był to
człowiek po pięćdziesiątce, znał bolszewików, carat i władzę ludową. To
on obserwował krasnoarmiejców przed swoim domem w 1939 r. Po
wejściu na polskie ziemie stanęli przed jego chałupa, zadarli głowy do
góry i dziwili się: Ot burżuj, świecącą blachą pokrył dach! Po kilku
tygodniach zerwali blachę cynkową, a mieszkańców wywieźli na Sybir.
„Panie Kępiński, ja z żoną tylko jeździłem i rozwoziłem wypiekany
przez ojca chleb. Robota szła jak cholera. Ojciec mój nakrył dach na rok
przed wojną. Był pan w legionach?- pytam. Byłem w wojsku
austriackim. Kiedy wszystko zaczęło się walić, nastąpiła ogromna
dezercja. W osiemnastym roku siedziałem na stacji kolejowej w
Przemyślu. Były nas tam setki. Patrzę ,a tu wskoczył na stolik człowiek
z ogromnym wąsem i krzywą szablą i zawołał: Dzieci, Polska powstaje!
Szum i gwar, jaki był, zamarł.

155

Każdy zamarł w bezruchu. Każdy z nas znał język polski, ale
publicznie nie przemawiał. Gdy ten wąsaty wypowiedział kilka zdań,
każdy z nas zsunął się ze stolika lub ławki i stanął wyprostowany. Tak
było,panie Wieśku! Stary generał na koniec zapłakał, nie mogąc mówić,
wyciągnął lewą rękę w bok poziomo, prawą oparł na prawym barku, a
palcami pokazał liczbę. To zbiórka. Wszystko wysypało się na peron, na
którym leżała ponowa. Niektórzy z nas pochlipywali. Każdy czekał na
pociąg do domu, a tu masz, Polska wzywa! Tak było, panie Wieśku!”
Zakończył opowiadanie, odszedł kilka kroków, stanął twarzą do ściany i
tak stał dłuższą chwilę. Stoi w szeregu – pomyślałem.
Nie za wiele znam takich opowiadań. Ludzie byli skryci. Ja kilka
miesięcy wcześniej wyszedłem z wojska. Nie kryłem swej niechęci do
ruskich i żydowskich oficerów. Moje wypowiedzi otwierały ludziom
usta. Nie wszystkim. Niektórzy bali się samych siebie, niektórzy
podlegali aktywistom. Oczy moje patrzyły na to i były zdumione.
Przypuszczam,że niektórych szlag trafiał patrząc na mnie. Moje
zachowanie irytowało ich, nawet to,ż e nic nie mówiłem i nie
uśmiechałem się.
Temu to trzeba dołożyć, resztę wypuścić – taki był werdykt patrolu.
Byłem zatrzymany wraz z innymi przez patrol w Chojnicach. Ja zosta-
łem zatrzymany. Za co?Za oczy, za nos, za minę,a może za nazwisko?
Co on ma za nazwisko? To na pewno szlacheckie, a czy nie
hrabiowskie?Tak rzadko spotykane, a on taki krnąbrny. Nieraz
odczuwałem,że to nazwisko jest solą w oku prostaków. Bolszewia
lubowała się w nazwiskach ordynarnych. Stąd w telewizji, jeżeli był
wywiad, to z Janem Wałachem;jeżeli minister to Kłonica, Warchoł,
Woziwoda.

156

Byłem nie lubiany i nigdy nie dowiem się dlaczego, tak jak nie dowiem
się, za co trzysta tysięcy ludzi leży w grobach w Kuropatach. Ten, co
miał za sobą siłę, bezprawie, ten mógł robić, na co miał ochotę i robił to.
Nie rezygnował z możliwości, jaką dała mu historia. Dlatego mówienie
o tym że partia robotnicza była przestępcza, ma swoje uzasadnienie.
Po przeprowadzce z Wapnicy do Stargardu zacząłem uczęszczać do klu-
bu szachowego. Szachiści , tam przychodzący, to różni ludzie, młodzi i
starzy. Pewnego wieczoru podczas ciszy pan Nowak zanucił sobie pod
nosem melodię. Był najlepszym szachistą. Ja nie mając głosu ani słuchu
zanuciłem też. To moje niezdarne nucenie ubawiło salę.
„Słuchaj, Kępiński,ty masz łeb świński,
Tłuste pośladki i zarost rzadki”.
Cichy pomruk aprobaty i rozbawienia. Takie coś, to i owszem, możesz
sobie , Kępiński, śpiewać. W zanadrzu miałem następną zwrotkę.
Odczekałem chwilę i zanuciłem:
„Lepszy łeb świński, choć bez korony,
Gorszy brunatny albo czerwony”.
Gdyby grom z jasnego nieba spadł nie zrobiłby większego spustoszenia,
taka cisza zaległa. Spuścili głowy, przestrach zapalił się w oczach.
Aluzja była wyraźna. Zauważyli, że podpuściłem ich pierwszą zwrotką,
aby wysłuchali drugiej. Obyczaj w szachach zakazuje śpiewu,
gwizdania i rozmów. Nikt mnie nie pochwalił i nikt nie zganił, cisza
zapanowała na wiele lat. Tacy zniewoleni ludzie stanęli w 1980 roku
przed wyborem: Socjalizm albo Polska. Wybrali socjalizm. Nikt nie
miał narodowych aspiracji.
Jeżeli znalazł się taki, to nikt go nie słuchał. Impet, jaki stworzyła „Soli-

157

darność”starł bolszewików i ruskie wojska. Podstawiona administracja
dążyła do ocalenia dla bolszewików, co się da. Proponowała nawet, aby
Rosjanie zatrzymali sobie bazy wojskowe i przerobili je na bazy handlo-
we. Po piętnastu latach od wydarzeń grudniowych dochodzę do wniosku że ten cały przewrót był sfingowany i długo przedtem przygotowywany.
Podstawieni ludzie utworzyli setki organizacji politycznych i prowadzili
ludzi do nikąd. Zmylili drogi,ogłupili kogo się dało i pozostali przy władzy.

Stargard. dnia 22 listopada 1996 r.

158
Rozdział VII.
Epilog

Kapliczkę postawiła pani Gałecka Anna , a syn Józef znosił cegłę i glinę.
Kobieta, która była na Syberii i opowiadała to pani Szapiel. Pan Doro-
szewski syna nie miał,tylko córkę. Jego dom zamieszkuje obecnie brata-
nek starego Doroszewskiego. Na Osiedleńczej duże zmiany, nikt nie
żyje z rówieśników, albo zaginął lub wyprowadził się. Tomek zmarł
osiem lat temu. Jego matka wyszła za mąż po raz trzeci za osobę
młodszą od siebie o 27 lat. On obecnie mieszka w tym budynku po nich.
Po nas nadal mieszka rodzina Kral, która dała nam odstępne, ale starzy
nie żyją.
Nazwiska człowieka od bimbru jeszcze nie ustaliłem. Dom po nas nadal
częściowo jest ogrodzony słupami z podkładów kolejowych, które wko-
pał Gienek w 1946 roku, a chciał ogrodzić cały staw. W domu
naprzeciwko nas, gdzie mieszkał Geniek Zych z matką, nikt nie wie, że
taka tu kiedyś rodzina mieszkała. Zapytana staruszka z tego
domu,odpowiedziała mi, że ona tu mieszka dopiero 40 lat. Ogrody
naprzeciwko nas są zajęte i zabudowane. Budynki stoją na wszystkich
gruzach z 1946 roku.
Następnie z Osiedleńczej poszedłem do tej kapliczki, bo szukałem naz-
wiska Sybiraczki.
Na początku wspomnień popełniłem błąd, że to Sybiraczka budowała tę
kapliczkę. Po drodze zauważyłem , że nie ma budynku przedwojennego
kina, była tam także piwiarnia i kawiarnia, a z piwnic wyciągałem
talerze.
Teraz jest tam stacja benzynowa, a to oznacza, że kultura się rozwija.
Koń by się uśmiał.

159

Po rozmowie z wnuczką pani Gałeckiej ustaliłem, skąd Gałecka pocho-
dziła i kto pochodził z Sybiru. Dom,w którym mieszka wnuczka , jest
pokryty nowa dachówką, ale ściany starego budynku są popękane i wi-
dać glinę.
Poszedłem następnie w kierunku ulicy Lipowej. Po drodze nie ma bu-
dynku Domu Harcerza, jest tam plac.
Jest budynek naprzeciwko gminy,w którym z początku mieszkał Tomek
i swawolne dziewczyny z obozów w Niemczech.
Jest budynek po milicji obywatelskiej, budynek Szteklów.
Na ulicy Lipowej wszystko jest po staremu. To było wizytowa ulica,
lekarzy, dentystów, domu kultury. Budynki odnowione. W nich
mieszkali rosyjscy żołnierze. Dziś będąc tu zauważyłem, że nie mogę
znaleźć nikogo z moich czasów. Minęło 63 lata,nic dziwnego. Nawet
urodzeni na tej ziemi są na emeryturze i nie są do dyskusji o tym, co
widziałem, co słyszałem, kto jeszcze żyje, bo już nie ma nikogo. Na
tych ziemiach ja byłem najmłodszy, a starsi są w piachu. Cześć ich
pamięci!

11 listopada 2008 r.
Wiesław Kępiński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz